Macedonia

Planując wakacje myśleliśmy głównie o zwiedzaniu Albanii. Z czasem jednak dochodziły do nas słuchy, że sąsiednie państwa są równie interesujące i mogą mieć wiele do zaoferowania. Dlatego też rozszerzyliśmy naszą podróż o inne bałkańskie kraje. Macedonia motocyklem to również ciekawa alternatywa na wakacje.

Do Macedonii wjeżdżamy z Albanii, od strony Jeziora Ochrydzkiego. Na początku trafiamy do Ochrydu, słynnego kurortu przyciągającego tysiące turystów każdego roku. Rzeczywiście jest co zwiedzać – znajdują się tam liczne cerkwie (św. Zofii, św. Pantelejmona, św. Jana z Kaneo), ruiny twierdzy cara Samuela oraz starożytny teatr. Przejeżdżamy przez główną ulicę miasta. Jest bardzo upalnie, korek na drodze niesamowity, ale do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

Trzeba przyznać, że nie jesteśmy zbyt dobrze przygotowani do wizyty w tym mieście, bo zupełnie nie wiemy jak znaleźć poszczególne zabytki. Znaków informacyjnych też nie widzimy, więc generalnie błądzimy jak dzieci we mgle. Przedostajemy się pod pomnik Klimenta Ochrydzkiego stojącego na końcu promenady. Oboje tak naprawdę mamy już dość tego miejsca i w głowie kołacze się jedna myśl: ucieczka. Być może trzeba było tam zostać na dzień lub dwa i na spokojnie przejść się po mieście. My jednak byliśmy tego dnia dopiero na początku naszej drogi i najzupełniej nam się to nie opłacało. Może uda się innym razem 😉

Ochryd

Ochryd, Macedonia motocyklem Yamaha YBR 125

Niekoniecznie wesoło i kolorowo

Następnym punktem naszej wycieczki ma być słynny Kanion Matka, położony nieopodal Skopje. Świadomie rezygnujemy z autostrady, żeby lepiej poznać Macedonię. Po około godzinie orientujemy się, że raczej nie ma co liczyć na piękne widoki, jak to miało miejsce w Albanii. Jedziemy głównie miastami, które mamy wrażenie ciągną się w nieskończoność. Czujemy się tak jakbyśmy nie byli już w Europie. Miasta są zaniedbane, drogi kiepskie, a ludzie dziwnie nam się przyglądają.

Mijamy sporo opuszczonych budynków, ale z drugiej strony da się także zauważyć dużą liczbę knajpek. Co ciekawe praktycznie w każdej stoliki są zajęte – przesiadują tam jednak sami mężczyźni, kobiety żadnej nie dostrzegam. Nie widać też turystów, choć po drodze mijamy kilka samochodów na zachodnioeuropejskich tablicach (Szwajcarzy, Holendrzy). Oczywiście jak to na Bałkanach bywa – każdy jeździ jak chce… Klimat raczej nie sprzyja do zatrzymywania się w tych rejonach, stąd też przywieźliśmy stamtąd dosłownie jedno przypadkowo zrobione zdjęcie.

Macedonia
Późnym popołudniem docieramy pod Kanion Matka. Mówi się, że być w Macedonii i nie zobaczyć tego miejsca, to grzech. Wrażenie robią pasma górskie, które otaczają jezioro. Uroki tego miejsca podziwia się z wynajętej łódki bądź z tarasu ulokowanej tam restauracji. Ponadto można także popłynąć do jaskini oraz odwiedzić monastyr św. Mikołaja.

Kanion Matka
Po całodniowej jeździe zależy nam na tym, żeby jak najszybciej znaleźć nocleg. Jak się okazuje wcale nie jest to takie proste. Wcześniej wyszukaliśmy camping niedaleko kanionu. Gdy tam docieramy okazuje się, że to co kiedyś było campingiem, dziś można nazwać slumsami. Z początku nie wygląda to źle – jest parking, jakieś budynki, sporo ludzi i ogromny sztuczny akwen. Zaczynam szukać zarządcy, ale po chwili orientuję się, że domki są opuszczone, a terenem nikt już nie administruje. Obszar jest ogromny. Część osób przyjechała jedynie się wykąpać, druga część mieszka (chyba na stałe) w rozpadających się i zniszczonych campingach. Po krótkiej naradzie decydujemy, że musimy szukać innego miejsca.

Teren wokół kanionu przejeżdżamy kilka razy. O tej porze nigdzie nie ma już miejsc. Zresztą baza noclegowa tam jest dość uboga, bo większość turystów przyjeżdża z położonego ok. 15 kilometrów dalej Skopje. Zupełnym przypadkiem poznajemy ludzi, który telefonicznie znajdują nam hostel w macedońskiej stolicy. Jesteśmy uratowani 😉 Żeby nie mieć takich problemów jak my, możecie zarezerwować wcześniej na Booking.com

Skopje nocą

Nasi nowi znajomi prowadzą nas do celu. Jest niedziela wieczór, więc ulice są względnie przejezdne. Pod koniec rozładowują się intercomy i tracimy możliwość rozmowy. Na szczęście niedługo potem jesteśmy już na miejscu. Nocujemy w Hostelu Urban, ale do dyspozycji dostajemy 2-pokojowe mieszkanie z aneksem kuchennym i balkonem (wynegocjowana cena: 35 euro). To miła odmiana po noclegach w namiocie, chociaż one oczywiście też mają swój nieodparty urok ;).

Jesteśmy mocno zmęczeni, jednak prysznic potrafi zdziałać cuda. Jako że nasze mieszkanko mieści się praktycznie w centrum, postanawiamy pójść na krótki spacer, żeby choć trochę zobaczyć jak wygląda Skopje. Nie spodziewamy się żadnych rewelacji – do tej pory Macedonia nas nie rozpieszczała.

Idziemy bulwarem Partizanski Odredi po drodze mijając kasyna i kluby nocne. Docieramy do charakterystycznej cerkwi św. Klemensa z Ochrydu. Zmierzamy dalej ku ulokowanej na wzniesieniu twierdzy Skopsko Kale. Jej początki szacuje się na VI w. (czasy bizantyjskie), jednak na przestrzeni lat była wielokrotnie przebudowywana. Jesteśmy w tym momencie już nad rzeką Wardar, która przedziela miasto na dwie części. Przemieszczamy się wzdłuż rzeki, po jej drugiej stronie mijamy stworzony w stylu antycznym Teatr Narodowy oraz Muzeum Macedońskiej Walki o Niepodległość.

Skopsko Kale

Skopje
Powoli zaczynamy zdawać sobie sprawę, że to miasto kryje w sobie więcej niż przypuszczaliśmy. W końcu trafiamy na słynny Plac Macedonia. Na jego środku mieści się pomnik-fontanna „Wojownik na koniu”. Owym wojownikiem w rzeczywistości jest Aleksander Wielki. Od lat trwa spór Macedończyków i Greków o jego pochodzenie, więc żeby nie drażnić sąsiadów autorzy pomnika zdecydowali się na taką, a nie inną nazwę. Z racji tego, że jesteśmy tam w nocy, mamy szansę zobaczyć pokaz „woda-światło-dźwięk”. Robi to na nas niesamowite wrażenie. Oprócz tego nieopodal placu znajduje się łuk triumfalny – „Brama Macedonii”, wybudowany w 2011 roku z okazji 20-lecia niepodległości.

Skopje, plac Macedonia

Brama Mecedonii
Ruszamy dalej i mostem o wdzięcznej nazwie „Oko” (Eye Bridge) przechodzimy na drugą stronę miasta. Sam most jest pięknie oświetlony i prezentuje się świetnie. Wychodzimy na wprost monumentalnego Muzeum Archeologicznego. Cały czas mijamy też kolejne oświetlone pomniki, m.in. Pomnik Macedońskich Matek. Zaczyna do nas docierać, że Skopje to miasto niezwykłe, a nagromadzenie interesujących obiektów na metr kwadratowy jest wprost niespotykane. Z drugiej strony pojawia się czerwona lampka, że coś tu jest nie tak…

Skopje, pomnik Macedońskich Matek
Uliczki zaczynają robić się coraz węższe, pojawia się coraz więcej knajpek. To Carsija, muzułmańska dzielnica miasta. Widać tu mocno naznaczone wpływy tureckie, dlatego często nazywana jest Małym Stambułem. Jednak turystów, jak i mieszkańców stolicy przyciąga głównie ogromna liczba lokali. Każdy z nich ma swój własny klimat, w niektórych odbywają się koncerty lub dyskoteki. My też ulegamy urokowi tego miejsca i kosztujemy popularnego piwa Skopsko. Później znajdujemy jeszcze Meczet Mustafa Paszy, przechadzamy się po uliczkach podziwiając witryny sklepowe. Wrażenie robią zwłaszcza te z mocno udekorowanymi sukniami ślubnymi.

Carsija
Wychodzimy z dzielnicy Kamiennym Mostem. Urósł on do symbolu miasta, widnieje nawet w jego herbie. Powstał w XV wieku za panowania tureckiego sułtana Mahmeda Zdobywcy. Składa się z 12 półkolistych łuków i w całości mierzy 214 metrów. W średniowieczu był centrum najważniejszych wydarzeń oraz… miejscem egzekucji. Przechodząc obok pomnika Justyniana I ponownie trafiamy na Plac Macedonia. Jest już po północy, powoli kończymy naszą wędrówkę po mieście i ruszamy w kierunku hostelu…

Kamienny Most, Skopje
A teraz trochę faktów z najnowszej historii Skopje. W 1963 roku podczas trzęsienia ziemi miasto zostało niemal całkowicie zniszczone. Przetrwały tylko nieliczne zabytki, między innymi wspomniany wyżej Kamienny Most czy Twierdza Kale. Po latach przyjęto plan rozwoju miasta „Skopje 2014”, który zaczęto realizować w 2010 roku. Głównym założeniem projektu było zbudowanie obiektów takich jak: muzea, teatr, filharmonia czy inne budynki użyteczności publicznej. Wszystkie zostały wystylizowane na antyczne. Oprócz tego w centrum miasta powstało około 50 pomników i fontann. Początkowo na to wszystko miano wydać ok. 80 mln euro. Obecnie koszty szacuje się w granicach 500 mln euro (!).

Skopje

Skopje
Opinie o Skopje są bardzo skrajne. Jedni mówią, że miasto pełne jest kiczu i powoli zamienia się z Disneyland. Razi zwłaszcza duża ilość pomników, które z czasem przestają być interesujące. Trochę dziwi fakt, że w XXI wieku ktoś chce budować antyczne miasto, i to na taką skalę. Nie da się też ukryć, że Macedończyków irytują ogromne nakłady finansowe przeznaczone na rozwój stolicy. Z drugiej jednak strony z roku na rok przyciąga ona coraz więcej turystów. Jest sporo nowoczesności, ale jednocześnie stara dzielnica zachowała swój klimat. Skopje kusi zwłaszcza nocą, stąd też nazywa się je czasem Małym Vegas. Oświetlone budynki i monumentalne pomniki zapierają dech w piersiach. My, gdy byliśmy w centrum, nie wiedzieliśmy, gdzie skierować nasz wzrok – tyle działo się dookoła. Dlatego przychylamy się bardziej do tej drugiej opinii. Dla nas Skopje pozostanie miastem niezwykłym.

Skopje 2015

Urocze Mavrovo

Niestety zbyt szybko żegnamy się z macedońską stolicą. Następnego dnia jedziemy już z powrotem w kierunku albańskiej granicy. Tym razem wybieramy autostradę. Nie należy ona do najtańszych. Co około 30-40 km mijamy bramki, gdzie zostawiamy po 1 euro od motocykla lub 300-400 denarów, w zależności od odcinka. Ale dzięki temu oszczędzamy czas i dość szybko docieramy do kolejnego celu naszej podróży – nad jezioro Mavrovo i miejscowość o tej samej nazwie.

Mavrovo to tak naprawdę wieś, choć ponoć zimą zamienia się ona w narciarski kurort. Z kolei jezioro powstało w wyniku wybudowanej w latach 50-tych tamy. To właśnie przyczyniło się do stworzenia największej atrakcji w okolicy – zatopionego kościoła. Ów kościół leżał bowiem na terenie planowanego jeziora. Budowla jednak została, woda sięga czasem aż do połowy jej wysokości (nie licząc wieżyczki), co widać po ciemniejszych śladach na murach. My akurat jesteśmy tam w samym środku upalnego lata, dlatego też poziom wody znacznie się obniżył i opuszczony kościół nie jest wcale zatopiony…

Mavrovo

interesujące miejsca w Mecedonii
Drugą atrakcją Mavrova jest położona nieopodal cerkiew. Większość osób trafia do niej zapewne przypadkiem, bo prawie nigdzie nie można znaleźć o niej informacji; najprawdopodobniej dlatego, że jest budowlą stosunkowo młodą. Choć niewielka (jak większość cerkwi na Bałkanach), to imponujące jest zwłaszcza jej wnętrze – malowidła w mocnych kolorach, ogromny kryształowy żyrandol i mnóstwo świec. Na obrazach ustawionych w samym centrum świątyni wierni zostawiają swoje datki.

Mavrovo

Mavrovo cerkiew
W miasteczku znajduje się kilka restauracji, więc jemy tam obiad i ruszamy dalej w trasę. To już koniec naszej wizyty w Macedonii. Nie ukrywam, że byliśmy tak zachwyceni Albanią, że chcemy tam jak najszybciej wrócić. Z kolei Macedonia nie robi na nas tak dużego wrażenia, może jednak trzeba więcej czasu, żeby lepiej poznać i zrozumieć ten kraj.


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with 2 komentarze.

Albania, cz. 3

Z lekkim żalem opuszczamy piękne albańskie wybrzeże. W dalszą drogę gna nas ciekawość, co też spotka nas we wschodniej części kraju oraz w sąsiedniej Macedonii.

Z Ksamilu wyruszamy w kierunku Gjirokastry, zwanej „Miastem Tysiąca Schodów”. Docieramy tam dość szybko. Główną atrakcją miasta jest zamek ulokowany na skalistym wzniesieniu. Z tego powodu droga do niego nie należy do najprzyjemniejszych. Ale gdy już docieramy na szczyt uznajemy, że to był dobry wybór – przede wszystkim w murach zamku jest chłodno i to nam się bardzo podoba 🙂 Idąc długim korytarzem oglądamy militaria z okresu II wojny światowej. Jednak prędko opuszczamy wnętrza, bo to na dziedzińcu można zobaczyć najciekawsze rzeczy. Przede wszystkim znajduje się tam wrak amerykańskiego samolotu zwiadowczego, który w latach 50-tych lądował awaryjnie na terytorium Albanii. Oprócz tego podziwiamy także wieżę zegarową oraz wspaniały widok na miasto. Już później dowiadujemy się, że swego czasu w podziemiach zamku przetrzymywano więźniów politycznych.

Zamek Gjirokastra

Zamek Gjirokastra

Gjirokastra

Gjirokastra - widok na miasto

W ogromnym upale ruszamy dalej. Przejeżdżamy przez Tepelenę, słynącą ze swej wody, rozprowadzanej po całym kraju pod tą samą nazwą. Mijamy także Këlcyrę i kanion Gryka e Këlcyrës. Drogi są już znacznie gorszej jakości niż na wybrzeżu, ale dalej jest mnóstwo podjazdów i zakrętów. Za to panuje tam znacznie mniejszy ruch samochodowy. Widoki przez całą trasę są niesamowite, zwłaszcza w rejonie Tepeleny. Nie robimy jednak zbyt wielu postojów – szkoda czasu, a poza tym przy tej temperaturze, to żadna przyjemność.

Albania

Spory odcinek jedziemy wzdłuż greckiej granicy. Ciężko znaleźć jakieś zacienione miejsce na odpoczynek, ale w końcu nam się to udaje. Lokujemy się przy ogromnym drzewie, rosnącym przy ulicy. Po kilku minutach na tym można powiedzieć pustkowiu, ze strony pola wyłania się samochód. Ludzie z auta nie wysiadają, ale bacznie nas obserwują. Nie do końca wiemy czy w jakiś sposób zareagować, dlatego czekamy na dalszy rozwój sytuacji. Po kilkunastu minutach pod drzewo podjeżdża bus – nasza miejscówka okazała się przystankiem autobusowym 😀 Nasi towarzysze witają się ze swoim gośćmi, po czym odjeżdżają machając nam. Nie ma się jednak czym przejmować, bo przysiadają się kolejne osoby – starszy mężczyzna z dwójką wnucząt. Dowiadujemy się co nieco o życiu na pograniczu grecko-albańskim, opowiadamy trochę o naszej wyprawie. Po krótkiej pogawędce, wsiadamy na motory i ruszamy dalej.

drogi w Albanii

Pod koniec dnia dojeżdżamy nad Jezioro Ochrydzkie do miejscowości Pogradec. Jesteśmy tuż przy granicy z Macedonią. W miarę szybko znajdujemy camping „Victoria”, w którym zostajemy na noc. Jest on położony przy hotelu o tej samej nazwie, więc jeśli ktoś nie lubi spać w namiocie, może wynająć tam pokój. Plusem jest także całkiem dobra restauracja i jezioro tuż pod samym nosem.

Jezioro Ochrydzkie

Rano, gdy już składamy namiot, znajdujemy… kraba. Wszystko wskazuje na to, że przywieźliśmy go aż z Ksamilu 😉

krab

Do Albanii wracamy ponowie, po wizycie w Macedonii. Kierujemy się do Kukes. Tereny przez które przejeżdżamy są bardzo słabo zaludnione. Czasem spotykamy kogoś poruszającego się na mule, czasem stada różnych zwierząt (głównie owiec). We wsiach dzieci wyskakują na ulice i machają nam. Poza tym mijamy średnio jedno auto co pół godziny… Drogi są całkiem w porządku, choć w niektórych miejscach brakuje asfaltu. Przez spory odcinek nasz pas jest zanieczyszczony kamieniami, które usunęły się ze zbocza. Mimo to jedzie się całkiem przyjemnie.

Albania

 

Pod koniec dnia docieramy do Kukes. Mocno podziurawioną drogą wjeżdżamy w głąb miasta. Tam poznajemy mężczyznę, który kieruje nas do hotelu. Nasz pokój odbiega znacznie od ogólnie przyjętych standardów, ale cieszymy się, że udało nam się tak szybko znaleźć nocleg. A i cena do wygórowanych nie należy.

Gdy chcemy wyjść do sklepu właściciel hotelu wyznacza chłopaka, który będzie nam towarzyszył… Jesteśmy mocno zdezorientowani, jednak nie dajemy tego po sobie poznać. Podczas wieczornych rozmów przy piwie słyszymy, że zaledwie kilka dni przed nami w mieście gościła drużyna Legii Warszawa, oczywiście wraz ze swoimi kibicami. Piłkarze grali z lokalną drużyną FK Kukesi. Dopiero po powrocie do domu dowiadujemy się, że mecz został przerwany w połowie z powodu ataku z trybun na polskiego zawodnika. Oprócz tego kibice Legii również nie pozostawili po sobie najlepszych wspomnień… Być może dlatego właśnie, nam Polakom, było niewskazane poruszać się samotnie po mieście.

Wracając jeszcze do zakupów – okazuje się, że w markecie nie ma chleba (!) I tu kolejna ciekawostka – większość kobiet w Albanii piecze go samodzielnie w domach, dlatego w sklepach są tylko niewielkie ilości. Jest prawie wieczór, więc wydaje się, że na zdobycie pieczywa nie ma szans. Nagle zza kasy wychodzi młoda dziewczyna, wyjątkowo dobrze mówiąca po angielsku. Zabiera mnie na pobliski targ i w moim imieniu kupuje chleb na jednym ze straganów. Wracam do sklepu, by dokończyć zakupy…

Godzinę później siedzimy już w hotelowym ogródku piwnym i dyskutujemy z miejscowymi na temat życia w Albanii i w Polsce.

Yamaha TDM 850, Yamaha YBR 125

Rano ruszamy w dalszą drogę – nie należy ona do najprzyjemniejszych – trafiamy na spory korek, część trasy pokonujemy w żółwim tempie, bo nie zawsze da się przejechać poboczem czy między autami. Na szczęście nie są to duże odległości i w okolicach południa jesteśmy już w Kruje. Zbliża się koniec naszej podróży po Albanii, przed nami jeszcze Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina oraz Chorwacja.

Albania to raj dla każdego. Raj dla motocyklistów, bo mają tam kręte górskie drogi, jak również tereny do jazdy enduro. Raj dla leniwych, bo całymi dniami mogą wygrzewać się na pięknych plażach. Raj dla miłośników historii, bo znajduje się tam mnóstwo pozostałości po starożytnych cywilizacjach. I wreszcie raj dla odkrywców – bo jeszcze sporo tam terenów, o których mało kto u nas słyszał.

Albania to kraj patriarchalny. Tu rządzą mężczyźni. Interesy prowadzi się rodzinnie, ale to faceci nimi kierują. Kobiety głównie zajmują się domem. Również za kierownicą raczej ich nie spotkacie – Albańczycy żartują, że mogą one siedzieć po lewej stronie auta tylko wtedy, gdy jest on sprowadzony z Anglii. Również w trakcie rozmowy bardziej zwracają się do mężczyzn, jakby to co ma do powiedzenia przedstawicielka płci pięknej zupełnie ich nie obchodziło.

Zacząć jakikolwiek biznes nie jest ponoć trudno, w myśl zasady – masz pomysł – działasz, bez zbędnych formalności. Dlatego też tak dużo Albańczyków prowadzi własną działalność gospodarczą. Popularne są zwłaszcza myjnie samochodowe oraz stacje benzynowe (choć nie zawsze jest na nich benzyna 😉 ). Z drugiej jednak strony na każdym kroku spotyka się tam sporo pustostanów i nikogo to już nie dziwi.

Albania

 

Czytając fora i blogi internetowe widać jak to państwo z roku na rok się zmienia. Pojawiają się nowe hotele, campingi oraz dobrej jakości drogi. Płacić można z reguły dwoma walutami: lekami i euro. Na kartę bankomatową nie liczyłabym – terminale zdarzają się tylko w dużych sklepach największych miast. Osoby zatrudnione w turystyce mówią w języku angielskim, a nawet zdarza się, że znają pojedyncze polskie słowa.

Często słyszy się u nas, że Albania może być niebezpieczna, docierają dziwne historie o kradzieżach… Nic z tych rzeczy! Albańczycy są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów i przede wszystkim ich szanują (odwrotnie niż w przereklamowanej Chorwacji). Sami mają świadomość o tej nie najlepszej opinii i robią wszystko, żeby ją poprawić – ta kwestia często pojawiała się w rozmowach z nimi. Na wybrzeże przyjeżdża coraz więcej Polaków i innych turystów z Europy Zachodniej. Nie da się ukryć, że Albania kusi ich nie tylko pięknymi krajobrazami, ale także atrakcyjnymi cenami.

Tak, Albania to niezwykły kraj i bez cienia wątpliwości polecamy podróż tam. My na pewno jeszcze kiedyś tam wrócimy…


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with no comments yet.

Albania, cz. 2

Druga część wpisu o naszej „albańskiej przygodzie”…

Jesteśmy nad morzem we Vlorze. Do doświadczeniach dni wcześniejszych decydujemy się wyjechać w dalszą drogę dopiero popołudniu. Trasa budzi we mnie – początkującej motocyklistce – pewne obawy. Mamy bowiem przejechać przez legendarną już Przełęcz Llogara. Słynie ona ze stromych podjazdów i ostrych zakrętów. Na dokładkę mamy jeszcze nieprzewidywalnych na drodze Albańczyków.
Zanim jednak wjedziemy na Przełęcz, zahaczamy jeszcze o jeden istotny punkt naszej wycieczki – Orikum. Jest to niewielka, acz piękna miejscowość na wybrzeżu, gdzie mieszczą się ruiny starożytnego greckiego miasta z VII w. p. n. e. W parku archeologicznym są pozostałości po amfiteatrze i świątyni Apolla wraz z ołtarzem ofiarnym. Jednakże wszystko to znajduje się na terenie czynnej bazy wojskowej. Ponoć umieszczone zostały tam również stare łodzie podwodne – nie da się ukryć, że ta informacja najbardziej nas przyciągnęła. Strażnicy przy bramie wjazdowej nie są zbyt chętni do wpuszczania gości… A może tylko udają, bo jak się później okazuje mają w tym swój interes. Z miejsca orientujemy się, że na zobaczenie wyżej wspomnianych okrętów raczej nie mamy szans, ponieważ są pilnie strzeżone… a i kula jakaś może się po drodze zawieruszyć. Po spisaniu numerów rejestracyjnych naszych motocykli i danych z paszportów dostajemy możliwość wstępu na godzinę. Jedziemy wzdłuż malowniczej plaży, z drugiej strony mijając stare bunkry. Nagle zza krzaków wyskakuje mężczyzna i kieruje nas na boczną dróżkę. Oczami wyobraźni widzę uśmiech Daniela, który w końcu ma okazję zjechać z asfaltu 😉 Po krótkiej przejażdżce szutrem trafiamy na skamieniałości. Od razu też dobiega do nas wcześniej spotkany człowiek i sprzedaje bilety za 200 leków od osoby. I całe szczęście jest to niewielka suma, bo po owych starożytnych budowlach zostało tylko trochę kamieni. W nadziei, że jest coś więcej, wspinam się na sam szczyt górki, niestety – nic interesującego nie znajduję. Cykamy kilka fotek i mocno niepocieszeni wyjeżdżamy z tego miejsca. Pod koniec łapie nas jeszcze „Pan Bileter”, który po raz kolejny podkreśla, żebyśmy nie wjeżdżali w głąb bazy.

Orikum

Orikum

Orikum

Ruszamy na Przełęcz Llogara. Rzeczywiście, wszystko to co do tej pory o niej słyszeliśmy zdaje się potwierdzać. Mamy więc mocno strome podjazdy i mnóstwo zakrętów – raj dla (prawie) każdego motocyklisty. Widoki zapierają dech w piersiach, ale też trzeba uważać, żeby zbytnio się na nie nie zapatrzeć. O niebezpieczeństwie przypominają pojawiające się co jakiś czas na poboczach krzyże upamiętniające tych, który mieli mniej szczęścia i zginęli na tej drodze. Trzeba też uważać na innych kierowców, którzy przywykli do ścinania zakrętów czy zatrzymywania się na środku szosy. Ale nie taki diabeł straszny… Z czasem okaże się, że będziemy mieli do pokonania o wiele trudniejsze trasy.

Przełęcz Llogara - Albania motocyklem

Jemy obiad niedaleko Sarandy, gdy nagle zaczyna padać deszcz. W przeciwieństwie do innych turystów my z tych warunków pogodowych się cieszymy. Po 30 minutach wychodzi ponownie słońce, a o deszczu już nikt nie pamięta 😉

IS_P7220103

Przejechanie Przełęczy Llogara zgodnie z przewidywaniami zajmuje nam około 3 godziny, licząc ze wszystkimi przerwami. Pod wieczór docieramy do Ksamilu. Szybko znajdujemy camping, który okazuje się strzałem w dziesiątkę. Już w bramie wita wszystkich przyjezdnych pani gospodarz. Mamy możliwość wyboru miejsca pod namiot, ostatecznie decydujemy się na przestrzeń między wysokim płotem a budynkiem, co gwarantuje cień prawie przez cały dzień. Na wstępie właścicielka przynosi mrożoną kawę, colę i dwie butelki zimnej wody (ten sam zestaw dostajemy także następnego dnia). Mamy do dyspozycji własny stolik, ławeczki, parasol. Żeby spało się wygodniej, pod namiot kładziemy dywan otrzymany od gospodyni. Jesteśmy pod wrażeniem czystości i praktycznych rozwiązań zastosowanych na campingu. A to wszystko za jedyne 5 euro od osoby!

Ksamil

Ksamil

Oczywiście od razu ruszamy nad morze. Siadamy na skały, ale szybko z nich zeskakujemy, gdy zauważamy sąsiedztwo krabów 😉 Plażę wypełniają liczne płatne leżaki i parasole, zaś woda jest nieskazitelnie czysta…

Ksamil

Ksamil

Tak nam się tu podoba, że podejmujemy decyzję, żeby zostać dzień dłużej. Wykorzystujemy go między innymi na zwiedzenie pobliskiego Butrintu. A warto, bo w tym jednym miejscu znajdują się pozostałości po aż sześciu różnych kulturach. Można tam zobaczyć amfiteatr z III w. p.n.e. baptysterium z VII w., ruiny łaźni rzymskich z V oraz XIV-wiecznego zamku weneckiego. Teren jest spory, więc przejście go zajmuje kilka godzin. Sam wstęp nie należy do najtańszych – to 700 leków. Standardowo już towarzyszy nam niemiłosierny upał, lecz co jakiś czas można się schłodzić wodą lub schować w cieniu, którego też nie brakuje. Ponadto z racji tego iż odległość z Ksamilu do Butrintu jest niewielka, rezygnujemy z ubrań motocyklowych.

Butrint

Butrint

Butrint - Albania

Próbujemy też lokalnych smaków. Na śniadanie wcinamy byrka. Jest to trójkąt zrobiony z ciasta francuskiego wypełniony farszem, w naszym przypadku był to kozi ser. Jest to najpopularniejsza przekąska w Albanii, bardzo sycąca. Dodatkowo kupujemy także biały serek z papryczkami jalapenos i oliwkami. Jest bardzo ostry, ale równie smaczny. Z kolei na obiad udajemy się do miejscowej restauracji i zamawiamy baraninę w sosie jogurtowym. Z przykrością stwierdzam, że był to najgorszy posiłek jaki jadłam w życiu. Mięso jest strasznie twarde, pełne tłuszczu i do tego z kością. W zasadzie mogliśmy się tego spodziewać, ale zależało nam na tym, żeby zjeść coś z lokalnej kuchni. Z knajpki wychodzimy jeszcze bardziej głodni niż byliśmy wcześniej.

Butrint

 

Ksamil to koniec naszej podróży wzdłuż wybrzeża, ale wcale nie kres naszej wyprawy. W następnym wpisie przeczytacie o zamku w Gjirokastrze, krabie nad Jeziorem Ochrydzkim oraz specyficznej wizycie w Kukes.


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with 4 komentarze.

Balkan Project – Albania, cz. 1

Jak to się dzieje, że urlop mija tak szybko? Tak strasznie ciężko wrócić do codzienności po taaakiej podróży… Ale zacznijmy od początku.
Pomysł na zwiedzanie Bałkanów pojawił się w zasadzie już pod koniec ubiegłorocznych wakacji. Stwierdziliśmy, że na pewno chcemy jechać tam, gdzie będzie ciepło. Początkowo wybór padł jedynie na Albanię (tam też spędziliśmy większość urlopu), jednak z czasem poszerzyliśmy naszą trasę o inne państwa.

Przygotowania trwały cały rok

W styczniu kupiliśmy Yamahę YBR 125 i pod czujnym okiem Daniela uczyłam się na niej jeździć od wczesnej wiosny. Mniej więcej w tym samym czasie do „kompletu” dołączyła przyczepka na motocykle. Nasze maszyny były systematycznie udoskonalane, o czym mogliście wcześniej przeczytać na blogu. Wzbogaciliśmy się również o nowy większy namiot, który z łatwością może pomieścić wszystkie nasze graty 😉

Około 2 tygodnie przed wyjazdem powstał wstępny plan podróży, choć i tak z doświadczenia wiedzieliśmy, że będzie on na bieżąco modyfikowany.
Ostatecznie nasza trasa wyglądała następująco:
Opole -> CZECHY: Brno -> AUSTRIA: Wiedeń, Graz -> SŁOWENIA -> CHORWACJA -> BOŚNIA I HERCEGOWINA -> CHORWACJA: Dubrovnik -> CZARNOGÓRA -> ALBANIA: Shkodra, Kruje, Durres, Berat, Fier/Apollonia, Vlora, Saranda, Ksamil + Butrint, Gjirokastra, Tepelena, Pogradec -> MACEDONIA: Ohrid, Kanion Matka, Skopje, Mavrovo -> ALBANIA: Kukes, Kruje -> CZARNOGÓRA: Bar, Petrovac, Budva, Monaster Ostrog, Tara Canyon -> BOŚNIA I HERCEGOWINA: Sarajewo -> CHORWACJA: Jeziora Plitwickie, Senj, Klenovica -> SŁOWENIA -> AUSTRIA: Wiedeń -> CZECHY: Brno, Znojmo -> POLSKA: Gliwice, Opole

Trasa samochodem

Trasa motocyklami

W podróż wyruszamy 19 lipca. Auto zapakowane po dach, motocykle na przyczepie. Dodajmy, że tym razem będziemy jeździć razem, ale osobno, czyli na dwóch motocyklach: Yamaha TDM 850 (Daniel) oraz Yamaha YBR 125 (Iwona).

Yamaha TDM 850 i YBR 125 na przyczepie

Trasa przebiega bez zarzutu, zgodnie z powyższą rozpiską. Chcemy jak najszybciej dotrzeć do Albanii, dlatego jedziemy głównie autostradami. Wyjątkiem jest Słowenia, gdzie najzwyczajniej w świecie się to nie opłaca. Już w Chorwacji zaczynają się piękne krajobrazy, w zasadzie trzeba byłoby zatrzymywać się co 5 minut, żeby podziwiać widoki lub zrobić zdjęcie. To uczucie będzie nam towarzyszyło przez całą podróż. Na granicach czekamy z reguły krótko, dłuższa kolejka pojawia się jedynie przy wjeździe do Albanii. Powoli zaczynamy też odczuwać zdecydowanie wyższą temperaturę.

Czarnogóra

Bałkany 2015

Przygodę zaczynamy w Kruje

 Kruje to kilkunastotysięczna miejscowość położona na północ od Tirany. Tam też mamy zarezerwowany jedyny podczas tej podróży nocleg. Ale dostać się tam wcale nie jest łatwo, gdyż nasz pensjonat znajduje się na szczycie zamkowego wzgórza, górującego nad miastem. Tak, można powiedzieć, że spaliśmy na zamku, gdyż dom Emiliano, naszego gospodarza jest jego częścią.

Yamaha TDM 850 Albania 2015

Kruje, Albania

Kruje

Zamek jest wielką atrakcją w okolicy, który przyciąga rzesze turystów. Ponadto miejsce to jest historycznie ważne dla Albańczyków – niegdyś była to siedziba ich bohatera narodowego Skanderberga (stąd też inna nazwa budowli – Cytadela Skanderberga). Do zabytku prowadzi wąska uliczka handlowa, zwana tureckim bazarem. Po dość męczącym podjeździe (wszak jedziemy jeszcze z przyczepą) docieramy w końcu na szczyt wzgórza. Z oddali wita już nas Emiliano. Jest bardzo uprzejmy i praktycznie cały czas się uśmiecha. Poznajemy też całą jego rodzinę. Od razu widać albańską gościnność i mocne nastawienie na turystów.

Dość szybko zaczyna się ściemniać, ale dalej jest bardzo ciepło. Wieczorem zasiadamy do naszej pierwszej albańskiej kolacji. Sceneria niczym z romansu – jemy w pięknie oświetlonym ogrodzie, w dole widać całe miasto. Na początek dostajemy zupę z mleka z kozim serem i oliwą z oliwek – po pierwszej łyżce już wiemy, że nie będzie to nasz przysmak. Ale dalej jest tylko lepiej – na stół wnoszą nadziewane papryczki, kiełbaski, makaron. Na deser dostajemy ryż z cynamonem na mleku (coś na kształt „Berliso”) oraz arbuza. Jest tego tyle, że nie sposób wszystko zjeść, mimo że wcześniej kiszki marsza nam grały. Do picia serwuje się piwo Tirana. Mimo że jest noc, dalej jest bardzo duszno (i ok. 30 stopni), więc pierwszą połowę napoju wypijamy duszkiem. Koszt kolacji to 10 euro, noclegu 25 (za 2 osoby) – jak na warunki albańskie dość drogo, ale za to na standard narzekać nie możemy.

Albania 2015
Następnego dnia wstajemy wcześnie rano i pakujemy niezbędne rzeczy na motocykle. Przez najbliższy tydzień zapowiadają ogromne upały, więc rezygnujemy z cieplejszych i przeciwdeszczowych ubrań. Wszystko przebiega bardzo sprawnie. I tak nasz samochód zostaje w Kruje, a my ruszamy Yamahami na podbój Albanii.
Pierwszego dnia nie jedzie się najlepiej. Nie jesteśmy jeszcze przyzwyczajeni do tak wysokich temperatur i do stylu jazdy Albańczyków. A jeżdżą mocno chaotycznie, nie używają kierunkowskazów, ścinają zakręty. Rację na drodze ma ten który jest większy i sprytniejszy 😉 Z czasem jednak stwierdzamy, że być może w tym szaleństwie jest metoda, bo wypadku żadnego nie widzieliśmy. Ale o tym będzie na pewno osobny wpis – o rzeczach, które dzieją się tam na drogach warto więcej opowiedzieć.

Na wybrzeże

Kierujemy się na zachód, do wybrzeża. Najpierw odwiedzamy Durres, typowy nadmorski kurort. Jest to drugie pod względem ludności największe miasto w kraju, ale też i jedno z najstarszych. Dzięki swej bogatej historii posiada wiele zabytków, takich jak na przykład rzymski amfiteatr z II w. (największy na Bałkanach), termy rzymskie czy wenecką wieżę (w porcie). My na pewno nie zapomnimy tego ulicznego zgiełku. Na szczęście powoli zaczynamy się już do niego przyzwyczajać, tym bardziej, że mamy świadomość, że jazda w innych miastach będzie wyglądać podobnie. W końcu dojeżdżamy nad morze. Ja momentalnie zeskakuję ze swojej YBR, przebieram się w krótkie spodenki i biegnę w kierunku wody. W taką pogodę jej chłód potrafi zdziałać cuda 😉

Durres

Mimo wielkiego uroku tego miejsca, wsiadamy na motory i jedziemy dalej. W pewnym momencie jest mi tak gorąco, że nie mogę oddychać… Sytuację ratuje postój na (mikro) stacji benzynowej. Przyjazny staruszek polewa mnie zimną wodą z węża ogrodowego, sprzedaje 2 butelki zimnej wody za 1 euro, udostępnia krzesło i łazienkę. Generalnie toaleta czy sklep na albańskiej stacji benzynowej to rarytas – z reguły jest tylko benzyna, a i ona nie zawsze. O płatnościach kartą możecie zapomnieć. To ważna informacja, bo przed wyjazdem przeczytałam, że nie będzie z tym problemu, ale rzeczywistość okazała się inna. Odpoczynek na stacji okazuje się dla mnie przełomowy, a pokonywanie dalszych kilometrów przychodzi łatwiej.

Z Durres lecimy do Beratu, zwanego „miastem tysiąca okien”. Nazwa wzięła się stąd, że domy położone są tam na zboczu wzgórza. Widok jest naprawdę niesamowity.

Berat
Oprócz tego Berat posiada także wiele innych obiektów, które mogą przyciągnąć turystów: zamek, Meczet Królewski, Meczet Kawalerów oraz liczne cerkwie. W 2008 roku miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ze względu na panujący gorąc robimy sobie prawie godzinną przerwę na placu obok tamtejszego uniwersytetu. Trzeba przyznać, że monumentalny budynek uczelni wygląda bardziej jak muzeum czy zabytkowy kościół. Sam plac z kolei jest mocno zaśmiecony, ale wypasającemu się nieopodal koniu wcale to nie przeszkadza. Nam w zasadzie również.

Berat
Bo wizycie w Beracie udajemy się znów w kierunku wybrzeża. Przejeżdżamy przez Fier i udajemy się do pobliskiej Apollonii, gdzie znajdują się ruiny greckiego miasta. W tym czasie zostajemy zaatakowani przez… pszczoły. Daniel zostaje użądlony w nogę, ja w brzuch i palec. Delikatne ślady mamy do dzisiaj…
Pod koniec dnia docieramy do mocno zatłoczonej Vlory. Robi się już późno, dlatego zaczynamy myśleć o noclegu. Znajdujemy go na campingu „Cekodhima” tuż przy samej plaży. A ta jest naprawdę piękna. Szybko rozbijamy namiot i wskakujemy do morza – marzyliśmy o tym cały dzień. Co do samego miejsca, to będziemy je mocno polecać. Kusi także cena – 5 euro od osoby.

Vlora

Dzięki morskiej kąpieli i smacznej kolacji szybko regenerujemy siły – to dobry znak, bo następnego dnia mamy do pokonania legendarną już Przełęcz Llogara. Ale o tym napiszemy już niedługo w kolejnym wpisie.


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with no comments yet.

Albańskimi drogami

Za nami kilka dni podróży po Albanii. Po dwóch dniach drogi samochodem byliśmy już w Kruje. Tam nocowalismy na wzgórzu zamkowym. Trzeba przyznać, że przejazd z przyczepą i motocyklami nie należał do najłatwiejszych ze względu na strome i śliskie zbocza. Od razu dało się zauważyć otwartość i gościnność Albanczyków. Zjedlismy tradycyjną albanska kolację, składającą się między innymi z zupy z koziego sera, gotowanych papryczek, pasty oraz czegoś na kształt naszego budyniu z ryżem. Kolejnego dnia ruszyliśmy już motocyklami w kierunku morza. Odwiedziliśmy mocno zatłoczone Durres i jadąc tak wybrzeżem dotarliśmy pod miejscowość Vlore. Ten dzień mocno dał nam w kość – dopiero przyzwyczajalismy się do prawie 40-stopniowych upałów i stylu jazdy Albańczyków. W miastach trzeba było mieć oczy dookoła głowy. Na szczęście udało nam się zregenerować siły na campingu tuż przy samym morzu. Tak tam pięknie, że ciężko było rozstawać się z tym miejscem, dlatego w dalszą podróż wyruszyliśmymy dopiero popołudniu. A czekała nas bardzo ambitna trasa przez Przełęcz Llogara. Mnóstwo zakrętów, strome podjazdy oraz chaotycznie jeżdżący lokalsi… Ale za to widoki niezapomniane. Nocowalismy w Ksamilu na rewelacyjnym campingu niedaleko morza. Tak nam się spodobało, że postanowiliśmy zostać 1 dzień dłużej. I to był strzał w dziesiątkę. Pojechaliśmy w tym czasie na wycieczkę do Butrintu, gdzie zwiedzilismy ruiny starożytnego miasta. Później odpoczywalismy na plaży 😉 Dziś z Ksamilu ruszyliśmy do Gjirokastry. Zobaczyliśmy tam zamek, który oprócz standardowego „wyposażenia” miał na swoim dziedzińcu wrak amerykańskiego samolotu. Jadąc prawie cały dzień górskimi drogami dotarliśmy do miasta Pogradec nad jeziorem Ochrydzkim. Jutro czeka nas Macedonia… Tak po krótce wyglądało kilka h dni. Albania to wspaniały kraj, z przepięknymi krajobrazami i niezwykle sympatycznymi ludźmi. Wszyscy są bardzo pomocni i prawie zawsze uśmiechnięci. Ale widzą też w nas turystów, którzy generują im dochód, dlatego trzeba być czujnym jeśli chodzi o płatności. Przepraszamy za wszelkie błędy i literówki popełnione w tym poście – niestety zmęczenie daje znać o sobie…

Przełęcz Llogara - Albania 2015

Orikum - Albania 2015


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , by with no comments yet.

Jak zapakować się na motocykl?

Podróż podróżą, ale nie da się ukryć, że żeby wszystko poszło po naszej myśli, trzeba dobrze się przygotować. Co ze sobą zabrać? Jakie rzeczy są niezbędne, a co lepiej zostawić w domu? Jak to wszystko zmieścić na jeden lub dwa motocykle? W co zapakować wybrane przedmioty? Opiszemy Wam jak my sobie z tym radzimy. Będzie mowa raczej o dłuższych wyjazdach.

Jak spakować się na motocykl?

Zaczynamy pakować się na około tydzień przed wyprawą. Przez ten czas powoli dokładamy wszystkie rzeczy. Wcześniej lub w trakcie robimy listę, którą na bieżąco aktualizujemy.

Nocleg

Jak u większości motocyklistów – nasz budżet nie jest z gumy, dlatego latem raczej nie nocujemy w hotelach i wybieramy tańszą opcję – hostele, campingi, pola namiotowe czy nawet śpimy „na dziko”. To powoduje, że konieczne jest zabranie ze sobą namiotu oraz śpiworów. W zeszłym roku, z racji tego, że jeździliśmy na jednym motocyklu, wybraliśmy mały, 2-osobowy namiot. Natomiast teraz postawiliśmy na większy komfort i wozimy ze sobą sporej wielkości namiot 4-osobowy, zakupiony po całkiem przystępnej cenie w Decathlon-ie. Zmieszczą się tam na pewno wszystkie nasze kufry. Na spód namiotu kładziemy koc z izolacją termiczną. Na to dorzucamy samopompujące się materace, które zastępują nam karimaty (zajmują nieco mniej miejsca, chociaż jeśli ich nie macie, to bez sensu specjalnie kupować i jak najbardziej można jechać z karimatą).

Jedzenie

Standardowo zabieramy ze sobą: sztućce (normalne lub plastikowe), kubki metalowe, plastikowe (ale nie jednorazowe) talerzyki i miseczki, kocher, kuchenkę turystyczną wraz z kartuszem gazowym. Jeśli jedziemy w tereny słabo zaludnione, to w zależności od tego ile miejsca zostanie w torbach warto zabrać trochę prowiantu – zupki/tzw. dania w 5 minut, konserwy, pasztety i przynajmniej litr wody. Wbrew pozorom czasem mogą okazać się one zbawienne 😉 Opcjonalnie można zabrać napoje izotoniczne. My w tym roku podczas jazdy będziemy mieć na sobie camelbaki, dlatego kupiliśmy taki napój w wersji sproszkowanej. Jeśli chodzi o napoje to pakujemy też kawę 2 lub 3 w 1, herbatę oraz cukier w saszetkach.

zestaw na camping

Ubranie

Ilość ubrań redukujemy do minimum. Oprócz standardowego stroju motocyklisty (kombinezon, rękawice, buty, kask, ewentualnie buzer i kamizelka odblaskowa), bierzemy rzeczy, które zajmują jak najmniej miejsca i których nie trzeba prasować. Jeśli ktoś wybiera się w miejsca z kamienistą plażą, to dobrze jest mieć specjalne buty do wody, dostępne w sezonie praktycznie w każdym supermarkecie. Jeżeli jest możliwość, że „dopadną” Was chłodniejsze dni, zabierzcie też odzież termiczną oraz polar. Ponadto pakujemy lekkie i szybkoschnące ręczniki z mikrofibry.

Narzędzia

Trzeba przewidzieć co może stać się naszej maszynie podczas tak długiej trasy i wziąć sprzęt, który pomoże nam w naprawie. Chodzi między innymi o podstawowe narzędzia umożliwiające naciągnięcie łańcucha i wymianę świecy. Warto mieć również taśmę izolacyjną i plastikowe opaski zaciskowe tzw. trytki.

Kosmetyki/leki

Bierzemy tylko niezbędne kosmetyki, typu pasta do zębów + szczoteczka, szampon, żel pod prysznic. Cześć z nich możemy kupić w wersji zminiaturyzowanej (dość szeroki wybór w sklepach Rossmann). Przydadzą się pod ręką również mokre chusteczki, chusteczki higieniczne, ręcznik papierowy lub ściereczka. Paniom polecam żel oraz chusteczki do higieny intymnej; suszarki nie bierzemy 😉 Gdy jedziemy latem, to pamiętajmy o kremie przeciwsłonecznym. Ja zrezygnowałam zupełnie z kosmetyków do makijażu, myślę, że większość kobiet na motocyklach robi podobnie. Jedyne co może się przydać, to pomadka ochronna/bezbarwna. Oprócz tego pakujemy też płyn do mycia naczyń i proszku, ale oczywiście w niewielkich pojemnikach.

Obowiązkowo zabieramy apteczkę. Poza jej podstawowym wyposażeniem dorzuciłabym: leki przeciwbólowe, przeciwbiegunkowe, plastry, wapno, spray przeciw komarom, ewentualnie coś na oparzenia słoneczne. Nie zapominajmy o lekach, które bierzemy na stałe, np. na alergię.

Papiery

Zabieramy przewodnik, mapę lub/i atlas.

Polecam przygotować przez podróżą listę najbardziej popularnych zwrotów w języku państwa, do którego się wybieramy. Opcjonalnie można wziąć mini słownik. Wchodzimy także na stronę Ministerstwa Spraw Zagranicznych ( http://www.msz.gov.pl/ ) i spisujemy stamtąd adresy i numery telefonów do ambasad/konsulatów. Na stronie sprawdzimy ostrzeżenia dla turystów oraz zarejestrujemy swoją podróż w specjalnym serwisie Odyseusz (jeśli to zrobimy otrzymamy na e-mail listę placówek dyplomatycznych, więc zaoszczędzimy nieco czas). Nie twierdzę, że jest to konieczne, ale zajmuje dosłownie kilka minut także wydaje mi się, że warto.

And last, but not least – dokumenty! Niby oczywiste, ale w tym całym zamieszaniu przez przypadek możemy to pominąć. Pakujemy zatem: dowód osobisty, paszport (zwłaszcza jeśli jedziemy poza UE), karty płatnicze, prawo jazdy, OC, Zieloną Kartę. Radzę zawrzeć polisę turystyczną – ostatnio zauważyłam, że ubezpieczalnie dają małą kartę z numerem umowy i najważniejszymi telefonami, w związku z tym wystarczy schować ją w portfelu i nie trzeba brać nawet polisy. W przypadku gdy będziecie podróżować po krajach Unii Europejskiej radzę wyrobić Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ). Kartę odbierzemy w najbliższym oddziale NFZ; wniosek można ściągnąć z Internetu lub otrzymać na miejscu; trwa to około kilkanaście minut. Można ją także wyrobić bez wychodzenia z domu poprzez Internet, karta wysyłana jest wówczas pocztą.

Inne

Do tego w naszym przypadku do bagażu dochodzi jeszcze sporo gadżetów takich jak nawigacja, aparat fotograficzny, kamera sportowa, tablet, pendrive, karty pamięci, wszelkiego rodzaju ładowarki, baterie. Oczywiście z niektórych z nich można by śmiało zrezygnować, jednak jeśli chcecie wszystko dobrze udokumentować, to z pewnością się przydadzą.

DSC_0740

Jak?

Ok, napisaliśmy, co ze sobą wieziemy… ale cały szkopuł tkwi w tym jak to wszystko zapakować. W zeszłym roku było nieco trudniej, bo jechaliśmy we dwójkę na jednym motocyklu; teraz, jadąc na dwóch maszynach mamy o wiele szersze pole manewru 😀

Yamaha TDM 850 ma torbę na zbiornik, dwa kufry boczne, kufer tylni. Dodatkowo z przodu, do gmoli, zamocować można po obu stronach specjalne wodoodporne torby. Ostatnio zmieściły się tam wszystkie nasze ubrania. GPS zamontowany jest na stałe na specjalnym uchwycie. W torbie na zbiornik trzymamy podręczne rzeczy typu mapa, chusteczki, przewodnik (i co kto uważa). Dobrze jest mieć letnie ubrania i wygodne buty w łatwo dostępnym miejscu, tak aby w momencie gdy będziemy chcieli coś zwiedzić, można było szybko się przebrać. Namiot można umieścić za kierowcą lub jeśli jest mniejszy – na tylnym kufrze. Z kolei na bocznych kufrach mocujemy karimaty czy wcześniej wspomniane materace. Wszystko dodatkowo zabezpieczamy ekspanderami, linkami ściągającymi, siatką. Przedmioty w kufrach nie są ułożone „luzem”, ale spakowane do torby podróżnej. Znacznie ułatwia to życie, bo nie trzeba ściągać kufra z motocykla.

Yamaha YBR 125 posiada obecnie: torbę na zbiornik z pokrowcem na nawigację, tekstylne sakwy boczne oraz tylny kufer. Ze względu na rozmiar i ładowność motocykla pakujemy tam nieco lżejsze rzeczy, jak na przykład ubrania czy śpiwory.

sakwy boczne Yamaha YBR

torba na zbiornik YAMAHA YBR

Tak zapakowani możemy się wybrać nawet w kilkutygodniową podróż.


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , by with no comments yet.

Balkan project 2015

Został tydzień do wyjazdu na eksplorację południowej części Bałkanów, a dokładnie Albanii, Macedonii i Czarnogóry. Jeśli starczy czasu to może jeszcze uda się pojeździć po Chorwacji.

W związku z tym że w ww. krajach drogi są bardzie offowymi ścieżkami niż trasami szybkiego ruchu, nasze motocykle muszą przejść dokładny przegląd i kilka modyfikacji. Głównie YBR-ka która dostała nowe opony (bardziej enduro) i wysoko mocowany błotnik przedni rodem z motocrossu. Oryginalne opony z małej Yamahy mogłyby okazać się za delikatne na ostre kamienie szutrowych dróg w Albanii, nie wspominając o minimum przyczepności na górskich podjazdach. YBR dostała dodatkowo sakwy boczne, by rozdzielić bagaż na dwa motocykle. Plan urlopowy zakłada trzy tygodnie podróży więc sporo trzeba zabrać, by być na wszystko przygotowanym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z kolei TDM-ka otrzymała nowiutką oponę na tył. Zmieniło się też mocowanie halogenów na aluminiowe, dwuczęściowe, wycinane na zamówienie, solidne mocowanie. Nadal w trakcie budowy jest płyta pod silnik i osłony na halogeny i szyba osłaniająca szkło reflektora głównego. Duża płyta wykonana z 4-milimetrowej blachy aluminiowej ma chronić przed uszkodzeniem układ wydechowy i blok silnika. Niestety dwóch ostatnich projektów nie uda się dokończyć przed wyjazdem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ponadto testowaliśmy nasz nowy namiot, w zasadzie to pałac czteroosobowy, w porównaniu do naszego poprzedniego dwuosobowego igloo. Zajmuje więcej miejsca, ale będzie gdzie się schować przed słońcem i pomieścić wszystkie sprzęty na noc.
Z racji tego iż pierwsze i ostatnie 1800 km pokonamy samochodem z przyczepą, nie zabrakło próbnego załadunku obu motocykli. Jak się okazało także przyczepa musi przejść drobne modyfikacje zaczepu i mocowania przedniego koła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Planujemy wyruszyć 20 lipca… Czas pokaże czy wszystko przebiegnie po naszej myśli.


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , by with 1 comment.

Zabytkowe motocykle

Dzisiaj w Opolu odbył się Festiwal Motocykli Dawnych. Była to już 13-ta edycja tej imprezy w naszym mieście. Tym razem organizatorzy na miejsce wystawy wybrali plac przed niedawno wyremontowanym dworcem PKP. Pojawiło się około piętnastu zabytkowych motocykli marek takich jak Harley-Davidson czy Romet. Zresztą – w tym wypadku to zdjęcia najlepiej pokażą jak było.

zabytkowe motocykle

zabytkowe motocykle

zabytkowe motocykle

zabytkowy motocykl

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

zabytkowy motocykl

harley


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , by with no comments yet.

Co na upał?

Już za miesiąc wyruszamy do Albanii. O ile w Polsce lato z reguły nie męczy nas wysokimi temperaturami, to mamy świadomość, że tam upały mogą nas dopaść. Tym bardziej, że jedziemy w samym środku sezonu – przełom lipca i sierpnia.

Od jakiegoś czasu zastanawiamy się jak ochronić się przed słońcem i utrzymać dobrą formę w taką pogodę. Podstawa to odpowiedni ubiór. Jako że jesteśmy przeciwnikami jazdy w T-shircie i sandałach, jest to dla nas nie lada wyzwanie. Osobno mocowane do ciała ochraniacze nie zdają egzaminu i podczas potencjalnego wypadku stają się mało przydatne. O ile Daniel, jako bardziej doświadczony motocyklista, nie musi aż tak bać się przypadkowych upadków, to ja jako „świeżak” postawiłam na maksimum bezpieczeństwa i kupiłam zbroję.

buzer, zbroja

buzer, zbroja na motocykl

Protektory osłaniają w zasadzie całą górną część ciała. Ponadto są dość elastyczne i dopasowują się do ruchów. Żółw z tyłu można odpinać, dzięki czemu mogę go zakładać także pod kurtkę. Miejmy nadzieję, że nowy zakup spełni swoją rolę.

A jakie są Wasze sposoby na jazdę w upale?


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , by with 2 komentarze.

Miniaturowy świat

Gliwice – Opole. Trasa dobrze nam znana i przez ostatni rok pokonana przez nas co najmniej kilkakrotnie. Tym razem jednak lekko urozmaiciliśmy sobie drogę.

Na początku odwiedziliśmy położony blisko Gliwic zamek w Chudowie. Są to w zasadzie ruiny renesansowej budowli z XVI wieku. Jej trzon to pięciokondygnacyjna wieża. Nie da się ukryć, że całość wypada dość blado w porównaniu do innych tego typu obiektów, ale zarządcy nadrabiają dużą liczbą imprez tematycznych organizowanych wokół zamku. W momencie, gdy my tam zawitaliśmy, trwał zlot motocyklowy, więc idealnie wpasowaliśmy się w klimat.

Zamek w Chudowie

Yamaha TDM 850, Yamaha YBR 125

Na trasie zrobiliśmy krótki postój w miejscowości Zimna Wódka 😉

Zimna Wódka

 

Jednak największą atrakcją tego dnia był Park Miniatur Sakralnych w Olszowej (niedaleko Strzelec Opolskich). Na terenie obiektu umieszczono piętnaście kopii bazylik i katedr katolickich utworzonych w skali 1:25. Wśród budowli można znaleźć między innymi: katedrę Notre Dame z Paryża, bazylikę św. Marka z Wenecji, bazylikę Grobu Pańskiego z Jerozolimy, katedrę wawelską z Krakowa. Wszystko wykonane jest w niesamowitą starannością i dbałością o każdy szczegół. Dodatkowo każdy budynek posiada opis. Obok miniatur przygotowano propozycję dla dzieci – park linowy. Trzeba przyznać, że ze względu na panujący tego dnia upał (i motocyklowe ubrania) nasze zwiedzanie nie trwało zbyt długo. Ale na szczęście w tym czasie udało nam się zrobić kilka zdjęć i nakręcić krótki filmik.

Park Miniatur Sakralnych Olszowa

Park Miniatur Sakralnych Olszowa

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , by with 2 komentarze.
Close
%d bloggers like this: