Jazda po albańsku

Nie będziemy owijać w bawełnę – podróżując po Albanii możecie spodziewać się wszystkiego. A jeśli chcecie się tam przemieszczać motocyklem lub samochodem, to zapraszamy do lektury. Może się przydać 😀AlbaniaAlbańczykom raczej obce są zasady jakiegokolwiek kodeksu drogowego. A generalnie trzeba trzymać się jednej – zasady braku zaufania. Jak powiedział nam nasz albański znajomy, to „crazy drivers” – każdy jeździ jak chce. Jeżeli dołożymy do tego małą liczbę dróg i ich jakość, to polskiemu kierowcy radzimy się uzbroić w stalowe nerwy. Ale po kolei.

Chaos zewsząd

Pierwsze co rzuca się w oczy, to to, że Albańczycy raczej nie używają kierunkowskazów. Stają swoim pojazdem gdzie i kiedy chcą, nie zwracając uwagi na innych uczestników drogi. Mi jeden z takich osobników otworzył drzwi przed samym nosem. Zdarza się, że kierowca potrafi zatrzymać się nawet na środku zakrętu, a w miastach standardem jest, że pas przy chodniku pełni rolę parkingu (a czasem także i drugi pas ;)).
Również piesi nie zachowują na ulicach odpowiedniej ostrożności. Często wychodzą zza aut stojących na poboczu, wprost pod koła. Gdy wydaje Wam się, że jesteście na totalnym pustkowiu, nagle na drodze może pojawić się mieszkaniec któreś z pobliskich wsi, idący pieszo bądź podróżujący na osiołku. Zmorą mogą też być dzieci, które widząc motocykl, bez zastanowienia wychodzą na środek ulicy i zaczepiają jadących.

AlbaniaAlbaniaJednak Albańczycy mają mocne argumenty na swoją „obronę”. Po pierwsze – w czasach reżimu komunistycznego Envera Hodży w państwie tym obowiązywał zakaz posiadania samochodu przez osoby prywatne. Zmieniło się to dopiero w latach 90-tych, więc mają oni stosunkowo małe doświadczenie w porównaniu do innych Europejczyków. Poza tym stan niektórych dróg i sytuacje na trasie powodują, że kierowca, żeby dojechać do celu, musi czasem radzić sobie w inny (nam obcy) sposób. I najważniejsze – jeżdżąc po Albanii ani razu nie byliśmy świadkami wypadku komunikacyjnego! Potwierdza to naszą tezę, iż Albańczycy wcale nie są takimi kiepskimi kierowcami, jakimi się na początku wydają. Dla porównania – w Czarnogórze w ciągu godziny potrafiliśmy natrafić na kilka kraks.

Bardzo popularne jest używanie klaksonu. Trąbi się zarówno wtedy gdy chce się zrugać innego kierowcę za nieodpowiednie zachowanie, jak i na wiwat. Po pewnym czasie jest to dość męczące, a niekiedy trudno zrozumieć, czy komuś się podpadło czy wręcz odwrotnie. Czasem klaksonu używa się również wyjeżdżając zza zakrętu, tak aby pojazd jadący z naprzeciwka, wiedział o naszej obecności. Biorąc pod uwagę tamtejsze kręte trasy, to bardzo dobry zwyczaj. Ponadto zdarza się, że gdy ktoś nie posiada trójkątów ostrzegawczych, stawia na drodze przed swoim autem… kamienie, również po to, by ostrzec innych.drogi w Albanii

Jakie drogi?

Jakość dróg w Albanii zmienia się z roku na rok, a można nawet stwierdzić, że z miesiąca na miesiąc. Te na wybrzeżu, tam gdzie przebywają turyści, są w najlepszym stanie i jest ich najwięcej. Natomiast z najgorszym stanem dróg mieliśmy do czynienia w środkowej części kraju, m. in. w okolicach Tepelene. Z reguły jest tak, że z miasta X do miasta Y prowadzi jedna trasa i nie ma żadnej alternatywy. Ale w zawrotnym tempie pojawiają się coraz to nowe szosy.Przełęcz Llogaradrogi w AlbaniiPolicja ma w zwyczaju nie zauważać zagranicznych turystów. Oczywiście, o ile w sposób rażący nie łamią przepisów. Nawet podczas blokad dróg, uzbrojone po zęby służby mundurowe nas nie dostrzegały. A po czym poznają obcokrajowca na motocyklu? A po tym, że ci jako jedyni są ubrani w odzież ochronną. Przeciętny Albańczyk do jazdy na jednośladzie nie zakłada nawet kasku.

W Albanii nie musicie się raczej martwić, że zabraknie Wam benzyny – stacji jest całe mnóstwo. I nawet jeśli na którejś z nich nie będzie paliwa, to z pewnością znajdziecie je na kolejnej. Jednak nie są to stacje benzynowe do jakich przywykliśmy w Polsce – nie prowadzi się przy nich sklepów, często nie ma nawet dostępnej toalety. Płacić z reguły można zarówno lekami, jaki i w euro, co jest sporym ułatwieniem dla przyjezdnych.
Stacji benzynowych jest wiele, ale mamy wrażenie, że jeszcze więcej jest myjni samochodowych. Albańczycy mają bzika na punkcie czyszczenia swoich aut i widać, że każdy z takich zakładów dobrze prosperuje.

Z pewnością każdy kto był w Albanii, ma swoje własne przemyślenia na temat tamtejszych dróg i kierowców, i być może są one inne od naszych. Prawda jest taka, że mogliśmy Wam jedynie nakreślić to, czego możecie się tam spodziewać. A to jak będzie wyglądała Wasza podróż, w dużej mierze zależy od trasy, którą wybierzecie. Niemniej życzymy Wam powodzenia i dużo cierpliwości 🙂


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , by with 15 komentarzy.

Chorwacja

Cóż… nie da się ukryć, że po naszej wizycie w Albanii i Czarnogórze, Chorwacja miała wysoko postawioną poprzeczkę. Czy zachwyciła nas tak samo jak sąsiednie państwa? Zapraszamy do lektury.

W Chorwacji obydwoje już wcześniej byliśmy, dlatego zależało nam na tym, żeby zobaczyć to, czego wcześniej się nie udało. Zanim jednak trafiliśmy do Chorwacji, musieliśmy przejechać całą Bośnię i Hercegowinę. Co prawda nigdzie na dłużej się tam nie zatrzymywaliśmy, ale trzeba przyznać, że ten kraj ma swój urok. Spodobała nam się zwłaszcza stolica – Sarajewo. Tłumy młodych ludzi na ulicach, dużo świateł, zabytki pomieszane z nowoczesną architekturą… Tyle zdążyliśmy zobaczyć i strasznie żałujemy, że nie było nam dane zostać się tam na dłużej.
Podobnie jak na całych Bałkanach, zwierzęta na drodze nie są tam czymś wyjątkowym. Niestety, często przy trasie można także spotkać wysypiska. Zdarzył się i mniej miły akcent – po drodze wpadliśmy w dziurę, w wyniku czego uszkodzone zostało przednie koło samochodu. Na szczęście Daniel szybko i sprawnie wymienił je na zapasowe 🙂

BiH
Naszym pierwszym celem w Chorwacji były Jeziora Plitwickie. Dotarliśmy tam nad ranem, także znalazł się jeszcze czas na krótką drzemkę na parkingu. Dodajmy, że przez całą podróż przez Bałkany towarzyszył nam około 40-stopniowy upał. Gdy tylko przekroczyliśmy granicę zaczął padać deszcz, który spowodował, że zrobiło się chłodniej. Taka pogoda towarzyszyła nam przez cały dzień, chyba mieliśmy mocnego pecha…

mapa

Plitvice
Mimo mało sprzyjającej pogody zdecydowaliśmy się na zakup biletu wstępu do Parku Narodowego Jezior Plitwickich. A cena nie należy do najniższych, w sezonie płaci się 180 kun od osoby (ok. 100 zł). Jeśli ktoś nie ma chorwackiej waluty, może ją zakupić w kantorze, który znajduje się nieopodal kas. Są też sklepy, gdzie mniej przewidujący turyści mogą zaopatrzyć się w m.in. płaszcze przeciwdeszczowe. Wracając jeszcze do biletu – najśmieszniejsze jest to, że nikt nie pokwapił się, żeby nam je sprawdzić! Być może w pogodne dni jest inaczej…

Jeziora Plitwickie

kaczka
Park to przede wszystkim mnóstwo jezior, wodospadów i kaskad, można też podziwiać różne gatunki ryb. To tam znajduje się największy wodospad w Chorwacji, liczący 78 metrów. Barwy wody są różne, od błękitnego, przez jasnozielony, po ciemny niebieski. Jest to zależne od ilości minerałów i organizmów tam żyjących. Turyści mogą poruszać się kilkoma wybranymi szlakami. Ich wybór decyduje o tym ile będzie trwała nasza wycieczka (od 2 do 8 godzin). Poszczególne odcinki pokonuje się pieszo, statkiem lub busem. Chodzi się z reguły dość wąskimi kładkami, przez co czasem mogą powstawać korki. My na szczęście nie mieliśmy tego problemu, bo gdy odwiedziliśmy Park, nie było zbyt dużo turystów.
Trzeba przyznać, że ogrom wody i wszelakiej roślinności potrafi zrobić wrażenie. Szkoda, że deszczowa pogoda nie pozwoliła nam w pełni cieszyć się tymi widokami.

Jeziora Plitwickie
Po całodniowym spacerze wokół jezior ruszyliśmy w kierunku wybrzeża. Niestety, aura wcale się nie poprawiła. Co prawa słonce się pojawiło, ale towarzyszył mu silny wiatr (Bora). Na domiar złego, gdy zaczęliśmy szukać noclegu, okazało się, że nawet ceny na campingach są horrendalnie wysokie. W efekcie wjechaliśmy w głąb miasteczka Klenovica i tam polowaliśmy na jakieś wolne pokoje. Udało się, przez 2 dni mieszkaliśmy u Pani Darii, tuż przy samym morzu. Oto widok z naszego tarasu:

Klenovica
Warunki w pokoju były przeciętne, ale gdy wyobraziliśmy sobie, że moglibyśmy nocować w namiocie podczas nocnej burzy, byliśmy mocno szczęśliwi.
Klenovica to małe i dość spokojne miasteczko, jednak jest tam wszystko czego turysta potrzebuje. Ponadto to dobra baza wypadowa do bardziej popularnej Opatiji, wyspy Krk, Rijeki czy wcześniej wspomnianych Jezior Plitwickich. Choć mamy wrażenie, że cała miejscowość „żyje” z turystów, nie widać ich wielu na ulicach. To może się podobać.

Klenovica

Klenovica
W Chorwacji kończymy naszą przygodę z Bałkanami. Będziemy brutalni i być może narazimy się wielu osobom, ale musimy to napisać – Chorwacja przy Albanii i Czarnogórze wypada kiepsko. Wszystko jest bardzo drogie, zaczynając od noclegów, a kończąc na wyżywieniu. Plaże są przeważanie kamieniste lub ich w ogóle nie ma (skały). Sami Chorwacji są często nieprzyjemni, wręcz bezczelni. Być może karma się odmieni i za kilka lat to oni, tak jak dzisiaj Albańczycy, będą zabiegać o turystów. Bo nie zawsze wystarczą piękne krajobrazy oraz słoneczna pogoda…

Chorwacja

Na koniec wrzucamy jeszcze krótki film z Plitwic oraz mapkę pokazującą jak wyglądała nasza droga do domu.


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with 3 komentarze.

Czarnogóra

Państwo, które jest 20 razy mniejsze od Polski, ale na jego terenie znajduje się ogrom atrakcji, zaczynając od pięknych plaż, poprzez wspaniałe górskie krajobrazy, a kończąc na tysiącletnich zabytkach. Oficjalnie powstało niedawno, bo w 2006 roku, i mimo jeszcze niedawnych konfliktów szybko podnosi się z trudności. Od kilku lat jest mekką europejskich turystów. Nasi Drodzy, przedstawiamy Wam atrakcje Czarnogóry.

Do Czarnogóry wjeżdżamy z Albanii, poruszając się wzdłuż wybrzeża. Jest oczywiście równie gorąco i tłoczno. Ale z miejsca zauważamy też kilka różnic – przede wszystkim o wiele więcej tu zwiedzających. Ponadto coraz częściej napotykamy wypadki samochodowe, które mocno utrudniają jazdę. Stłuczki wynikają głównie z tego, że dużo jest tu zjazdów na plaże czy campingi, a nie każdy kierowca ma tyle refleksu by wyhamować.
Gdy zaczynamy szukać noclegu, szybko okazuje się, że ceny są znacznie wyższe niż w Albanii. Ostatecznie lokujemy się na Campingu Maslina w miejscowości Petrovac (cena 16 euro/2 os.). Miejsce prezentuje się całkiem nieźle – mamy około 300 metrów do morza, sanitariaty są systematycznie sprzątane, a w pobliżu znajduje się market. Oczywiście z tego ostatniego szybko korzystamy i serwujemy sobie grillowe przekąski na kolację. Kupujemy między innymi tzw. kebab, czyli po naszemu przyprawione kiełbaski z mięsa mielonego.

Petrovac
Następnego dnia fundujemy sobie małą wycieczkę po okolicy. A trzeba przyznać, że jest co zwiedzać. Najpierw jedziemy na południe do Baru. Po drodze zatrzymujemy się kilkakrotnie. Ja pozując do jednego ze zdjęć podchodzę zbyt blisko tłumika… i poparzenie gotowe. Na szczęście nie jest tak źle jak na to wygląda i z lekkim bólem ruszam w dalszą trasę.
Bar to miasto typowo turystyczne. I rzeczywiście nie ma się czemu dziwić – te piękne plaże naprawdę kuszą. My jednak bardziej skupiamy się na poznaniu jego zabytkowej części, tzw. Starym Barze. Znajdują się tam ruiny miasta pochodzące z VI wieku. Po półgodzinnej jeździe z Petrovac trafiamy na parking, o dziwo bezpłatny. Przechodzimy wąskimi uliczkami, pełnymi sklepów z pamiątkami oraz gastronomii. Idąc pod górę, w końcu docieramy do ruin. Wstęp kosztuje niewiele, a przed nami jak się okazuje, ogromny teren do zwiedzania. Uwagę przyciąga zwłaszcza wieża zegarowa, której robimy zdjęcie chyba z każdej strony. Poza tym oglądamy również: ruiny kościoła św. Mikołaja, pałac książąt, cytadelę, bramę miejską. Co ciekawe turystów tutaj niewiele – najwyraźniej wolą plażę. Ze wzgórza rozciąga się piękny widok na całe miasto. Mimo tych atrakcji, po godzinie spaceru w takim ukropie mamy już dość.

Stari Bar

Stary Bar

wieża zegarowa Stary Bar

Montenegro
Ruszamy teraz do Budvy, jednego z najpopularniejszych kurortów nad Adriatykiem. Szacuje się, że miasto powstało w V w. p. n. e. i na przestrzeni lat było pod panowaniem: Fenicjan, Greków, Rzymian i Wenecjan (stąd też różnorodna architektura na tym terenie). Przejeżdżamy przez prawie całe miasto, by dostać się do starówki. Widać wszechobecny luksus – zaczynając od nowoczesnych budynków, poprzez drogie samochody, a kończąc na jachtach, które są warte kilkakrotnie razy więcej niż mieszkanie przeciętnego Polaka 😉 Faktem jest, że w Budva odnotowuje bardzo wysoki wskaźnik milionerów przypadających na liczbę mieszkańców.

Budva

Budva
Mijając przystań wkraczamy do Starego Miasta. Jak się później okazuje, jest to obszar stosunkowo niewielki i większość zabytków położona jest blisko siebie. W mig obchodzimy je wszystkie: Kościół Santa Marija in Punta, cerkiew św. Sawy, cerkiew św. Trójcy, cytadelę. Średniowieczne mury i budynki stanowią piękny kontrast do nowoczesnej części miasta.

Budva

Budva

Budva, Czarnogóra
Gdy już wracamy na camping, po drodze zatrzymujemy się w jeszcze jednym, niezwykle ciekawym turystycznie miejscu. Chodzi mianowicie o okolice wyspy Sveti Stefan (Święty Stefan). Jest to malutka wysepka położona 6 km od Budvy, z lądem połączona wąskim przesmykiem. Wcześniej znajdowała się tam wioska rybacka, jednak w latach 50-tych ubiegłego wieku przesiedlono stamtąd ludzi, a teren zamieniono na wielki, luksusowy hotel. Za wejście na wyspę pobierana jest opłata, a i tak nie każdy może wejść wszędzie. Dlatego też sporą popularnością cieszy się punkt widokowy usytuowany przy głównej drodze z Budvy do Baru.

Sveti Stefan

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Po powrocie do Petrovac mamy jeszcze czas, by skorzystać z uroków plaży…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Kolejny dzień w Czarnogórze zapowiada się bardzo intensywnie. Wjeżdżamy w głąb państwa, a naszym celem jest prawosławny klasztor – Monaster Ostrog. Jest to miejsce kultu, do którego rocznie przybywają tysiące pielgrzymów z całego świata. Jest bardzo charakterystyczny poprzez to, że został wbudowany w skalną wnękę na zboczu doliny, na wysokości 900 m n. p. m. Położony jest około 15 km od dużej czarnogórskiej miejscowości – Niksic. Droga nie należy do najprostszych.

drogi w Czarnogórze, okolice Monasteru Ostrog
Fundatorem monasteru był arcybiskup Vasilij Jovanovic (św. Bazyli Ostrogski), który w XVII wieku w obawie przez Turkami musiał opuścić Bośnię. Wraz z grupą 30 mnichów wzniósł klasztor w miejscu, gdzie nie zagrażało im niebezpieczeństwo. Żył tam aż do swojej śmierci, tu też został pochowany. Jego relikwiom przypisuje się moc cudotwórczą.
Sam obiekt składa się tak naprawdę z dwóch części: Monasteru Dolnego oraz Górnego. Ten drugi jest bardziej popularny – śnieżnobiała przednia ściana cerkwi św. Krzyża jest już widoczna z daleka i robi niesamowite wrażenie. Turyści muszą zostawić swoje pojazdy na parkingu i dalszą część trasy pokonują pieszo. Droga idzie mocno ku górze, jest dużo ludzi i ogromny upał, więc wędrówka jest dość męcząca. Mimo to chęć zobaczenia miejsca kultu jest tak mocna, że po stromych kamieniach wspina się każdy. To wszystko rekompensują piękne widoki. Z jednej strony mamy niespotykany w świecie klasztor wbudowany w skały, z drugiej oglądamy z góry całą dolinę.

Monaster Ostrog

Ostrog

 

Ruszamy dalej, na północ w kierunku kolejnego niezwykłego miejsca – Kanionu Tary. Trasa niestety również nie należy do najłatwiejszych, dalej mamy mnóstwo wąskich zakrętów, dziurawe drogi. Jednak jest to jedna z największych atrakcji Montenegro i grzechem byłoby tam nie pojechać. Naszym punktem orientacyjnym jest miejscowość Zabljak, znana głównie ze swych tras narciarskich. Ciekawostką jest to, że mieszka tam więcej Serbów niż Czarnogórców.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Po kilku godzinach docieramy na miejsce. Omyłkowo pole dla camperów traktujemy jako parking, jednak po krótkiej rozmowie z zarządcą terenu, ten zgadza się na pół godziny postoju. Sugeruje, że i tak wrócimy wcześniej. Daniel już wcześniej narzekał, że niepotrzebnie nadkładamy drogi, teraz i ja zaczynam mieć wątpliwości. I rzeczywiście – most jest przepiękny, krajobraz również… jednak to tylko most. Ileż czasu można tam spędzić? Robimy kilka zdjęć, choć i to nie jest takie proste, bo kręci się tu mnóstwo turystów. Na pamiątkę nagrywamy też krótki film:

Cóż powiedzieć… jesteśmy lekko zawiedzeni. Dlatego Kanion Tary możemy polecić jedynie osobom, które zamierzają skorzystać tam ze zjazdów po linie lub raftingu. Wówczas taka wyprawa ma sens. Mogliśmy swoją podróż kontynuować dalej wybrzeżem, zwiedzać rejony Kotoru… My jednak wybraliśmy ścieżkę bardziej ambitną i może nie ma czego żałować. W końcu oglądaliśmy najgłębszy kanion w Europie.

Tara Canion
Tak powoli kończy się nasza wizyta w Czarnogórze. Nie mamy ochoty ponownie przejeżdżać tą samą trasą, którą dotarliśmy do Kanionu Tary, dlatego ruszamy dalej na północ do Bośni i Harcegowiny.
Czarnogóra to przepiękny kraj. Jest tu wszystko czego turysta zapragnie – morze, góry, zabytki, wspaniałe krajobrazy. Można zobaczyć twierdze wybudowane za czasów greckich, ale odznaczają się też ślady tureckiego panowania, między innymi w architekturze i w kuchni. Tak jak geograficznie, tak również cenowo Montenegro plasuje się pomiędzy drogą Chorwacją, a (jeszcze) tanią Albanią. Dla Polaków jest to więc ciekawa alternatywa. Zachwycają zwłaszcza nadmorskie kurorty, które mimo że są pełne turystów, to nadal nie straciły swojego uroku. Osoby szukające aktywnego wypoczynku, także znajdą tu coś dla siebie. Dla nas wizyta w Montenegro na pewno będzie bardzo miłym wspomnieniem. Na szczęście z wyprawy zostało nam kilkaset zdjęć i siedząc teraz w Opolu możemy sobie przypomnieć te wspaniałe chwile.

góry w Czarnogórze


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with no comments yet.

Macedonia

Planując wakacje myśleliśmy głównie o zwiedzaniu Albanii. Z czasem jednak dochodziły do nas słuchy, że sąsiednie państwa są równie interesujące i mogą mieć wiele do zaoferowania. Dlatego też rozszerzyliśmy naszą podróż o inne bałkańskie kraje. Macedonia motocyklem to również ciekawa alternatywa na wakacje.

Do Macedonii wjeżdżamy z Albanii, od strony Jeziora Ochrydzkiego. Na początku trafiamy do Ochrydu, słynnego kurortu przyciągającego tysiące turystów każdego roku. Rzeczywiście jest co zwiedzać – znajdują się tam liczne cerkwie (św. Zofii, św. Pantelejmona, św. Jana z Kaneo), ruiny twierdzy cara Samuela oraz starożytny teatr. Przejeżdżamy przez główną ulicę miasta. Jest bardzo upalnie, korek na drodze niesamowity, ale do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

Trzeba przyznać, że nie jesteśmy zbyt dobrze przygotowani do wizyty w tym mieście, bo zupełnie nie wiemy jak znaleźć poszczególne zabytki. Znaków informacyjnych też nie widzimy, więc generalnie błądzimy jak dzieci we mgle. Przedostajemy się pod pomnik Klimenta Ochrydzkiego stojącego na końcu promenady. Oboje tak naprawdę mamy już dość tego miejsca i w głowie kołacze się jedna myśl: ucieczka. Być może trzeba było tam zostać na dzień lub dwa i na spokojnie przejść się po mieście. My jednak byliśmy tego dnia dopiero na początku naszej drogi i najzupełniej nam się to nie opłacało. Może uda się innym razem 😉

Ochryd

Ochryd, Macedonia motocyklem Yamaha YBR 125

Niekoniecznie wesoło i kolorowo

Następnym punktem naszej wycieczki ma być słynny Kanion Matka, położony nieopodal Skopje. Świadomie rezygnujemy z autostrady, żeby lepiej poznać Macedonię. Po około godzinie orientujemy się, że raczej nie ma co liczyć na piękne widoki, jak to miało miejsce w Albanii. Jedziemy głównie miastami, które mamy wrażenie ciągną się w nieskończoność. Czujemy się tak jakbyśmy nie byli już w Europie. Miasta są zaniedbane, drogi kiepskie, a ludzie dziwnie nam się przyglądają.

Mijamy sporo opuszczonych budynków, ale z drugiej strony da się także zauważyć dużą liczbę knajpek. Co ciekawe praktycznie w każdej stoliki są zajęte – przesiadują tam jednak sami mężczyźni, kobiety żadnej nie dostrzegam. Nie widać też turystów, choć po drodze mijamy kilka samochodów na zachodnioeuropejskich tablicach (Szwajcarzy, Holendrzy). Oczywiście jak to na Bałkanach bywa – każdy jeździ jak chce… Klimat raczej nie sprzyja do zatrzymywania się w tych rejonach, stąd też przywieźliśmy stamtąd dosłownie jedno przypadkowo zrobione zdjęcie.

Macedonia
Późnym popołudniem docieramy pod Kanion Matka. Mówi się, że być w Macedonii i nie zobaczyć tego miejsca, to grzech. Wrażenie robią pasma górskie, które otaczają jezioro. Uroki tego miejsca podziwia się z wynajętej łódki bądź z tarasu ulokowanej tam restauracji. Ponadto można także popłynąć do jaskini oraz odwiedzić monastyr św. Mikołaja.

Kanion Matka
Po całodniowej jeździe zależy nam na tym, żeby jak najszybciej znaleźć nocleg. Jak się okazuje wcale nie jest to takie proste. Wcześniej wyszukaliśmy camping niedaleko kanionu. Gdy tam docieramy okazuje się, że to co kiedyś było campingiem, dziś można nazwać slumsami. Z początku nie wygląda to źle – jest parking, jakieś budynki, sporo ludzi i ogromny sztuczny akwen. Zaczynam szukać zarządcy, ale po chwili orientuję się, że domki są opuszczone, a terenem nikt już nie administruje. Obszar jest ogromny. Część osób przyjechała jedynie się wykąpać, druga część mieszka (chyba na stałe) w rozpadających się i zniszczonych campingach. Po krótkiej naradzie decydujemy, że musimy szukać innego miejsca.

Teren wokół kanionu przejeżdżamy kilka razy. O tej porze nigdzie nie ma już miejsc. Zresztą baza noclegowa tam jest dość uboga, bo większość turystów przyjeżdża z położonego ok. 15 kilometrów dalej Skopje. Zupełnym przypadkiem poznajemy ludzi, który telefonicznie znajdują nam hostel w macedońskiej stolicy. Jesteśmy uratowani 😉 Żeby nie mieć takich problemów jak my, możecie zarezerwować wcześniej na Booking.com

Skopje nocą

Nasi nowi znajomi prowadzą nas do celu. Jest niedziela wieczór, więc ulice są względnie przejezdne. Pod koniec rozładowują się intercomy i tracimy możliwość rozmowy. Na szczęście niedługo potem jesteśmy już na miejscu. Nocujemy w Hostelu Urban, ale do dyspozycji dostajemy 2-pokojowe mieszkanie z aneksem kuchennym i balkonem (wynegocjowana cena: 35 euro). To miła odmiana po noclegach w namiocie, chociaż one oczywiście też mają swój nieodparty urok ;).

Jesteśmy mocno zmęczeni, jednak prysznic potrafi zdziałać cuda. Jako że nasze mieszkanko mieści się praktycznie w centrum, postanawiamy pójść na krótki spacer, żeby choć trochę zobaczyć jak wygląda Skopje. Nie spodziewamy się żadnych rewelacji – do tej pory Macedonia nas nie rozpieszczała.

Idziemy bulwarem Partizanski Odredi po drodze mijając kasyna i kluby nocne. Docieramy do charakterystycznej cerkwi św. Klemensa z Ochrydu. Zmierzamy dalej ku ulokowanej na wzniesieniu twierdzy Skopsko Kale. Jej początki szacuje się na VI w. (czasy bizantyjskie), jednak na przestrzeni lat była wielokrotnie przebudowywana. Jesteśmy w tym momencie już nad rzeką Wardar, która przedziela miasto na dwie części. Przemieszczamy się wzdłuż rzeki, po jej drugiej stronie mijamy stworzony w stylu antycznym Teatr Narodowy oraz Muzeum Macedońskiej Walki o Niepodległość.

Skopsko Kale

Skopje
Powoli zaczynamy zdawać sobie sprawę, że to miasto kryje w sobie więcej niż przypuszczaliśmy. W końcu trafiamy na słynny Plac Macedonia. Na jego środku mieści się pomnik-fontanna „Wojownik na koniu”. Owym wojownikiem w rzeczywistości jest Aleksander Wielki. Od lat trwa spór Macedończyków i Greków o jego pochodzenie, więc żeby nie drażnić sąsiadów autorzy pomnika zdecydowali się na taką, a nie inną nazwę. Z racji tego, że jesteśmy tam w nocy, mamy szansę zobaczyć pokaz „woda-światło-dźwięk”. Robi to na nas niesamowite wrażenie. Oprócz tego nieopodal placu znajduje się łuk triumfalny – „Brama Macedonii”, wybudowany w 2011 roku z okazji 20-lecia niepodległości.

Skopje, plac Macedonia

Brama Mecedonii
Ruszamy dalej i mostem o wdzięcznej nazwie „Oko” (Eye Bridge) przechodzimy na drugą stronę miasta. Sam most jest pięknie oświetlony i prezentuje się świetnie. Wychodzimy na wprost monumentalnego Muzeum Archeologicznego. Cały czas mijamy też kolejne oświetlone pomniki, m.in. Pomnik Macedońskich Matek. Zaczyna do nas docierać, że Skopje to miasto niezwykłe, a nagromadzenie interesujących obiektów na metr kwadratowy jest wprost niespotykane. Z drugiej strony pojawia się czerwona lampka, że coś tu jest nie tak…

Skopje, pomnik Macedońskich Matek
Uliczki zaczynają robić się coraz węższe, pojawia się coraz więcej knajpek. To Carsija, muzułmańska dzielnica miasta. Widać tu mocno naznaczone wpływy tureckie, dlatego często nazywana jest Małym Stambułem. Jednak turystów, jak i mieszkańców stolicy przyciąga głównie ogromna liczba lokali. Każdy z nich ma swój własny klimat, w niektórych odbywają się koncerty lub dyskoteki. My też ulegamy urokowi tego miejsca i kosztujemy popularnego piwa Skopsko. Później znajdujemy jeszcze Meczet Mustafa Paszy, przechadzamy się po uliczkach podziwiając witryny sklepowe. Wrażenie robią zwłaszcza te z mocno udekorowanymi sukniami ślubnymi.

Carsija
Wychodzimy z dzielnicy Kamiennym Mostem. Urósł on do symbolu miasta, widnieje nawet w jego herbie. Powstał w XV wieku za panowania tureckiego sułtana Mahmeda Zdobywcy. Składa się z 12 półkolistych łuków i w całości mierzy 214 metrów. W średniowieczu był centrum najważniejszych wydarzeń oraz… miejscem egzekucji. Przechodząc obok pomnika Justyniana I ponownie trafiamy na Plac Macedonia. Jest już po północy, powoli kończymy naszą wędrówkę po mieście i ruszamy w kierunku hostelu…

Kamienny Most, Skopje
A teraz trochę faktów z najnowszej historii Skopje. W 1963 roku podczas trzęsienia ziemi miasto zostało niemal całkowicie zniszczone. Przetrwały tylko nieliczne zabytki, między innymi wspomniany wyżej Kamienny Most czy Twierdza Kale. Po latach przyjęto plan rozwoju miasta „Skopje 2014”, który zaczęto realizować w 2010 roku. Głównym założeniem projektu było zbudowanie obiektów takich jak: muzea, teatr, filharmonia czy inne budynki użyteczności publicznej. Wszystkie zostały wystylizowane na antyczne. Oprócz tego w centrum miasta powstało około 50 pomników i fontann. Początkowo na to wszystko miano wydać ok. 80 mln euro. Obecnie koszty szacuje się w granicach 500 mln euro (!).

Skopje

Skopje
Opinie o Skopje są bardzo skrajne. Jedni mówią, że miasto pełne jest kiczu i powoli zamienia się z Disneyland. Razi zwłaszcza duża ilość pomników, które z czasem przestają być interesujące. Trochę dziwi fakt, że w XXI wieku ktoś chce budować antyczne miasto, i to na taką skalę. Nie da się też ukryć, że Macedończyków irytują ogromne nakłady finansowe przeznaczone na rozwój stolicy. Z drugiej jednak strony z roku na rok przyciąga ona coraz więcej turystów. Jest sporo nowoczesności, ale jednocześnie stara dzielnica zachowała swój klimat. Skopje kusi zwłaszcza nocą, stąd też nazywa się je czasem Małym Vegas. Oświetlone budynki i monumentalne pomniki zapierają dech w piersiach. My, gdy byliśmy w centrum, nie wiedzieliśmy, gdzie skierować nasz wzrok – tyle działo się dookoła. Dlatego przychylamy się bardziej do tej drugiej opinii. Dla nas Skopje pozostanie miastem niezwykłym.

Skopje 2015

Urocze Mavrovo

Niestety zbyt szybko żegnamy się z macedońską stolicą. Następnego dnia jedziemy już z powrotem w kierunku albańskiej granicy. Tym razem wybieramy autostradę. Nie należy ona do najtańszych. Co około 30-40 km mijamy bramki, gdzie zostawiamy po 1 euro od motocykla lub 300-400 denarów, w zależności od odcinka. Ale dzięki temu oszczędzamy czas i dość szybko docieramy do kolejnego celu naszej podróży – nad jezioro Mavrovo i miejscowość o tej samej nazwie.

Mavrovo to tak naprawdę wieś, choć ponoć zimą zamienia się ona w narciarski kurort. Z kolei jezioro powstało w wyniku wybudowanej w latach 50-tych tamy. To właśnie przyczyniło się do stworzenia największej atrakcji w okolicy – zatopionego kościoła. Ów kościół leżał bowiem na terenie planowanego jeziora. Budowla jednak została, woda sięga czasem aż do połowy jej wysokości (nie licząc wieżyczki), co widać po ciemniejszych śladach na murach. My akurat jesteśmy tam w samym środku upalnego lata, dlatego też poziom wody znacznie się obniżył i opuszczony kościół nie jest wcale zatopiony…

Mavrovo

interesujące miejsca w Mecedonii
Drugą atrakcją Mavrova jest położona nieopodal cerkiew. Większość osób trafia do niej zapewne przypadkiem, bo prawie nigdzie nie można znaleźć o niej informacji; najprawdopodobniej dlatego, że jest budowlą stosunkowo młodą. Choć niewielka (jak większość cerkwi na Bałkanach), to imponujące jest zwłaszcza jej wnętrze – malowidła w mocnych kolorach, ogromny kryształowy żyrandol i mnóstwo świec. Na obrazach ustawionych w samym centrum świątyni wierni zostawiają swoje datki.

Mavrovo

Mavrovo cerkiew
W miasteczku znajduje się kilka restauracji, więc jemy tam obiad i ruszamy dalej w trasę. To już koniec naszej wizyty w Macedonii. Nie ukrywam, że byliśmy tak zachwyceni Albanią, że chcemy tam jak najszybciej wrócić. Z kolei Macedonia nie robi na nas tak dużego wrażenia, może jednak trzeba więcej czasu, żeby lepiej poznać i zrozumieć ten kraj.


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with 2 komentarze.

Albania, cz. 3

Z lekkim żalem opuszczamy piękne albańskie wybrzeże. W dalszą drogę gna nas ciekawość, co też spotka nas we wschodniej części kraju oraz w sąsiedniej Macedonii.

Z Ksamilu wyruszamy w kierunku Gjirokastry, zwanej „Miastem Tysiąca Schodów”. Docieramy tam dość szybko. Główną atrakcją miasta jest zamek ulokowany na skalistym wzniesieniu. Z tego powodu droga do niego nie należy do najprzyjemniejszych. Ale gdy już docieramy na szczyt uznajemy, że to był dobry wybór – przede wszystkim w murach zamku jest chłodno i to nam się bardzo podoba 🙂 Idąc długim korytarzem oglądamy militaria z okresu II wojny światowej. Jednak prędko opuszczamy wnętrza, bo to na dziedzińcu można zobaczyć najciekawsze rzeczy. Przede wszystkim znajduje się tam wrak amerykańskiego samolotu zwiadowczego, który w latach 50-tych lądował awaryjnie na terytorium Albanii. Oprócz tego podziwiamy także wieżę zegarową oraz wspaniały widok na miasto. Już później dowiadujemy się, że swego czasu w podziemiach zamku przetrzymywano więźniów politycznych.

Zamek Gjirokastra

Zamek Gjirokastra

Gjirokastra

Gjirokastra - widok na miasto

W ogromnym upale ruszamy dalej. Przejeżdżamy przez Tepelenę, słynącą ze swej wody, rozprowadzanej po całym kraju pod tą samą nazwą. Mijamy także Këlcyrę i kanion Gryka e Këlcyrës. Drogi są już znacznie gorszej jakości niż na wybrzeżu, ale dalej jest mnóstwo podjazdów i zakrętów. Za to panuje tam znacznie mniejszy ruch samochodowy. Widoki przez całą trasę są niesamowite, zwłaszcza w rejonie Tepeleny. Nie robimy jednak zbyt wielu postojów – szkoda czasu, a poza tym przy tej temperaturze, to żadna przyjemność.

Albania

Spory odcinek jedziemy wzdłuż greckiej granicy. Ciężko znaleźć jakieś zacienione miejsce na odpoczynek, ale w końcu nam się to udaje. Lokujemy się przy ogromnym drzewie, rosnącym przy ulicy. Po kilku minutach na tym można powiedzieć pustkowiu, ze strony pola wyłania się samochód. Ludzie z auta nie wysiadają, ale bacznie nas obserwują. Nie do końca wiemy czy w jakiś sposób zareagować, dlatego czekamy na dalszy rozwój sytuacji. Po kilkunastu minutach pod drzewo podjeżdża bus – nasza miejscówka okazała się przystankiem autobusowym 😀 Nasi towarzysze witają się ze swoim gośćmi, po czym odjeżdżają machając nam. Nie ma się jednak czym przejmować, bo przysiadają się kolejne osoby – starszy mężczyzna z dwójką wnucząt. Dowiadujemy się co nieco o życiu na pograniczu grecko-albańskim, opowiadamy trochę o naszej wyprawie. Po krótkiej pogawędce, wsiadamy na motory i ruszamy dalej.

drogi w Albanii

Pod koniec dnia dojeżdżamy nad Jezioro Ochrydzkie do miejscowości Pogradec. Jesteśmy tuż przy granicy z Macedonią. W miarę szybko znajdujemy camping „Victoria”, w którym zostajemy na noc. Jest on położony przy hotelu o tej samej nazwie, więc jeśli ktoś nie lubi spać w namiocie, może wynająć tam pokój. Plusem jest także całkiem dobra restauracja i jezioro tuż pod samym nosem.

Jezioro Ochrydzkie

Rano, gdy już składamy namiot, znajdujemy… kraba. Wszystko wskazuje na to, że przywieźliśmy go aż z Ksamilu 😉

krab

Do Albanii wracamy ponowie, po wizycie w Macedonii. Kierujemy się do Kukes. Tereny przez które przejeżdżamy są bardzo słabo zaludnione. Czasem spotykamy kogoś poruszającego się na mule, czasem stada różnych zwierząt (głównie owiec). We wsiach dzieci wyskakują na ulice i machają nam. Poza tym mijamy średnio jedno auto co pół godziny… Drogi są całkiem w porządku, choć w niektórych miejscach brakuje asfaltu. Przez spory odcinek nasz pas jest zanieczyszczony kamieniami, które usunęły się ze zbocza. Mimo to jedzie się całkiem przyjemnie.

Albania

 

Pod koniec dnia docieramy do Kukes. Mocno podziurawioną drogą wjeżdżamy w głąb miasta. Tam poznajemy mężczyznę, który kieruje nas do hotelu. Nasz pokój odbiega znacznie od ogólnie przyjętych standardów, ale cieszymy się, że udało nam się tak szybko znaleźć nocleg. A i cena do wygórowanych nie należy.

Gdy chcemy wyjść do sklepu właściciel hotelu wyznacza chłopaka, który będzie nam towarzyszył… Jesteśmy mocno zdezorientowani, jednak nie dajemy tego po sobie poznać. Podczas wieczornych rozmów przy piwie słyszymy, że zaledwie kilka dni przed nami w mieście gościła drużyna Legii Warszawa, oczywiście wraz ze swoimi kibicami. Piłkarze grali z lokalną drużyną FK Kukesi. Dopiero po powrocie do domu dowiadujemy się, że mecz został przerwany w połowie z powodu ataku z trybun na polskiego zawodnika. Oprócz tego kibice Legii również nie pozostawili po sobie najlepszych wspomnień… Być może dlatego właśnie, nam Polakom, było niewskazane poruszać się samotnie po mieście.

Wracając jeszcze do zakupów – okazuje się, że w markecie nie ma chleba (!) I tu kolejna ciekawostka – większość kobiet w Albanii piecze go samodzielnie w domach, dlatego w sklepach są tylko niewielkie ilości. Jest prawie wieczór, więc wydaje się, że na zdobycie pieczywa nie ma szans. Nagle zza kasy wychodzi młoda dziewczyna, wyjątkowo dobrze mówiąca po angielsku. Zabiera mnie na pobliski targ i w moim imieniu kupuje chleb na jednym ze straganów. Wracam do sklepu, by dokończyć zakupy…

Godzinę później siedzimy już w hotelowym ogródku piwnym i dyskutujemy z miejscowymi na temat życia w Albanii i w Polsce.

Yamaha TDM 850, Yamaha YBR 125

Rano ruszamy w dalszą drogę – nie należy ona do najprzyjemniejszych – trafiamy na spory korek, część trasy pokonujemy w żółwim tempie, bo nie zawsze da się przejechać poboczem czy między autami. Na szczęście nie są to duże odległości i w okolicach południa jesteśmy już w Kruje. Zbliża się koniec naszej podróży po Albanii, przed nami jeszcze Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina oraz Chorwacja.

Albania to raj dla każdego. Raj dla motocyklistów, bo mają tam kręte górskie drogi, jak również tereny do jazdy enduro. Raj dla leniwych, bo całymi dniami mogą wygrzewać się na pięknych plażach. Raj dla miłośników historii, bo znajduje się tam mnóstwo pozostałości po starożytnych cywilizacjach. I wreszcie raj dla odkrywców – bo jeszcze sporo tam terenów, o których mało kto u nas słyszał.

Albania to kraj patriarchalny. Tu rządzą mężczyźni. Interesy prowadzi się rodzinnie, ale to faceci nimi kierują. Kobiety głównie zajmują się domem. Również za kierownicą raczej ich nie spotkacie – Albańczycy żartują, że mogą one siedzieć po lewej stronie auta tylko wtedy, gdy jest on sprowadzony z Anglii. Również w trakcie rozmowy bardziej zwracają się do mężczyzn, jakby to co ma do powiedzenia przedstawicielka płci pięknej zupełnie ich nie obchodziło.

Zacząć jakikolwiek biznes nie jest ponoć trudno, w myśl zasady – masz pomysł – działasz, bez zbędnych formalności. Dlatego też tak dużo Albańczyków prowadzi własną działalność gospodarczą. Popularne są zwłaszcza myjnie samochodowe oraz stacje benzynowe (choć nie zawsze jest na nich benzyna 😉 ). Z drugiej jednak strony na każdym kroku spotyka się tam sporo pustostanów i nikogo to już nie dziwi.

Albania

 

Czytając fora i blogi internetowe widać jak to państwo z roku na rok się zmienia. Pojawiają się nowe hotele, campingi oraz dobrej jakości drogi. Płacić można z reguły dwoma walutami: lekami i euro. Na kartę bankomatową nie liczyłabym – terminale zdarzają się tylko w dużych sklepach największych miast. Osoby zatrudnione w turystyce mówią w języku angielskim, a nawet zdarza się, że znają pojedyncze polskie słowa.

Często słyszy się u nas, że Albania może być niebezpieczna, docierają dziwne historie o kradzieżach… Nic z tych rzeczy! Albańczycy są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów i przede wszystkim ich szanują (odwrotnie niż w przereklamowanej Chorwacji). Sami mają świadomość o tej nie najlepszej opinii i robią wszystko, żeby ją poprawić – ta kwestia często pojawiała się w rozmowach z nimi. Na wybrzeże przyjeżdża coraz więcej Polaków i innych turystów z Europy Zachodniej. Nie da się ukryć, że Albania kusi ich nie tylko pięknymi krajobrazami, ale także atrakcyjnymi cenami.

Tak, Albania to niezwykły kraj i bez cienia wątpliwości polecamy podróż tam. My na pewno jeszcze kiedyś tam wrócimy…


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with no comments yet.

Balkan Project – Albania, cz. 1

Jak to się dzieje, że urlop mija tak szybko? Tak strasznie ciężko wrócić do codzienności po taaakiej podróży… Ale zacznijmy od początku.
Pomysł na zwiedzanie Bałkanów pojawił się w zasadzie już pod koniec ubiegłorocznych wakacji. Stwierdziliśmy, że na pewno chcemy jechać tam, gdzie będzie ciepło. Początkowo wybór padł jedynie na Albanię (tam też spędziliśmy większość urlopu), jednak z czasem poszerzyliśmy naszą trasę o inne państwa.

Przygotowania trwały cały rok

W styczniu kupiliśmy Yamahę YBR 125 i pod czujnym okiem Daniela uczyłam się na niej jeździć od wczesnej wiosny. Mniej więcej w tym samym czasie do „kompletu” dołączyła przyczepka na motocykle. Nasze maszyny były systematycznie udoskonalane, o czym mogliście wcześniej przeczytać na blogu. Wzbogaciliśmy się również o nowy większy namiot, który z łatwością może pomieścić wszystkie nasze graty 😉

Około 2 tygodnie przed wyjazdem powstał wstępny plan podróży, choć i tak z doświadczenia wiedzieliśmy, że będzie on na bieżąco modyfikowany.
Ostatecznie nasza trasa wyglądała następująco:
Opole -> CZECHY: Brno -> AUSTRIA: Wiedeń, Graz -> SŁOWENIA -> CHORWACJA -> BOŚNIA I HERCEGOWINA -> CHORWACJA: Dubrovnik -> CZARNOGÓRA -> ALBANIA: Shkodra, Kruje, Durres, Berat, Fier/Apollonia, Vlora, Saranda, Ksamil + Butrint, Gjirokastra, Tepelena, Pogradec -> MACEDONIA: Ohrid, Kanion Matka, Skopje, Mavrovo -> ALBANIA: Kukes, Kruje -> CZARNOGÓRA: Bar, Petrovac, Budva, Monaster Ostrog, Tara Canyon -> BOŚNIA I HERCEGOWINA: Sarajewo -> CHORWACJA: Jeziora Plitwickie, Senj, Klenovica -> SŁOWENIA -> AUSTRIA: Wiedeń -> CZECHY: Brno, Znojmo -> POLSKA: Gliwice, Opole

Trasa samochodem

Trasa motocyklami

W podróż wyruszamy 19 lipca. Auto zapakowane po dach, motocykle na przyczepie. Dodajmy, że tym razem będziemy jeździć razem, ale osobno, czyli na dwóch motocyklach: Yamaha TDM 850 (Daniel) oraz Yamaha YBR 125 (Iwona).

Yamaha TDM 850 i YBR 125 na przyczepie

Trasa przebiega bez zarzutu, zgodnie z powyższą rozpiską. Chcemy jak najszybciej dotrzeć do Albanii, dlatego jedziemy głównie autostradami. Wyjątkiem jest Słowenia, gdzie najzwyczajniej w świecie się to nie opłaca. Już w Chorwacji zaczynają się piękne krajobrazy, w zasadzie trzeba byłoby zatrzymywać się co 5 minut, żeby podziwiać widoki lub zrobić zdjęcie. To uczucie będzie nam towarzyszyło przez całą podróż. Na granicach czekamy z reguły krótko, dłuższa kolejka pojawia się jedynie przy wjeździe do Albanii. Powoli zaczynamy też odczuwać zdecydowanie wyższą temperaturę.

Czarnogóra

Bałkany 2015

Przygodę zaczynamy w Kruje

 Kruje to kilkunastotysięczna miejscowość położona na północ od Tirany. Tam też mamy zarezerwowany jedyny podczas tej podróży nocleg. Ale dostać się tam wcale nie jest łatwo, gdyż nasz pensjonat znajduje się na szczycie zamkowego wzgórza, górującego nad miastem. Tak, można powiedzieć, że spaliśmy na zamku, gdyż dom Emiliano, naszego gospodarza jest jego częścią.

Yamaha TDM 850 Albania 2015

Kruje, Albania

Kruje

Zamek jest wielką atrakcją w okolicy, który przyciąga rzesze turystów. Ponadto miejsce to jest historycznie ważne dla Albańczyków – niegdyś była to siedziba ich bohatera narodowego Skanderberga (stąd też inna nazwa budowli – Cytadela Skanderberga). Do zabytku prowadzi wąska uliczka handlowa, zwana tureckim bazarem. Po dość męczącym podjeździe (wszak jedziemy jeszcze z przyczepą) docieramy w końcu na szczyt wzgórza. Z oddali wita już nas Emiliano. Jest bardzo uprzejmy i praktycznie cały czas się uśmiecha. Poznajemy też całą jego rodzinę. Od razu widać albańską gościnność i mocne nastawienie na turystów.

Dość szybko zaczyna się ściemniać, ale dalej jest bardzo ciepło. Wieczorem zasiadamy do naszej pierwszej albańskiej kolacji. Sceneria niczym z romansu – jemy w pięknie oświetlonym ogrodzie, w dole widać całe miasto. Na początek dostajemy zupę z mleka z kozim serem i oliwą z oliwek – po pierwszej łyżce już wiemy, że nie będzie to nasz przysmak. Ale dalej jest tylko lepiej – na stół wnoszą nadziewane papryczki, kiełbaski, makaron. Na deser dostajemy ryż z cynamonem na mleku (coś na kształt „Berliso”) oraz arbuza. Jest tego tyle, że nie sposób wszystko zjeść, mimo że wcześniej kiszki marsza nam grały. Do picia serwuje się piwo Tirana. Mimo że jest noc, dalej jest bardzo duszno (i ok. 30 stopni), więc pierwszą połowę napoju wypijamy duszkiem. Koszt kolacji to 10 euro, noclegu 25 (za 2 osoby) – jak na warunki albańskie dość drogo, ale za to na standard narzekać nie możemy.

Albania 2015
Następnego dnia wstajemy wcześnie rano i pakujemy niezbędne rzeczy na motocykle. Przez najbliższy tydzień zapowiadają ogromne upały, więc rezygnujemy z cieplejszych i przeciwdeszczowych ubrań. Wszystko przebiega bardzo sprawnie. I tak nasz samochód zostaje w Kruje, a my ruszamy Yamahami na podbój Albanii.
Pierwszego dnia nie jedzie się najlepiej. Nie jesteśmy jeszcze przyzwyczajeni do tak wysokich temperatur i do stylu jazdy Albańczyków. A jeżdżą mocno chaotycznie, nie używają kierunkowskazów, ścinają zakręty. Rację na drodze ma ten który jest większy i sprytniejszy 😉 Z czasem jednak stwierdzamy, że być może w tym szaleństwie jest metoda, bo wypadku żadnego nie widzieliśmy. Ale o tym będzie na pewno osobny wpis – o rzeczach, które dzieją się tam na drogach warto więcej opowiedzieć.

Na wybrzeże

Kierujemy się na zachód, do wybrzeża. Najpierw odwiedzamy Durres, typowy nadmorski kurort. Jest to drugie pod względem ludności największe miasto w kraju, ale też i jedno z najstarszych. Dzięki swej bogatej historii posiada wiele zabytków, takich jak na przykład rzymski amfiteatr z II w. (największy na Bałkanach), termy rzymskie czy wenecką wieżę (w porcie). My na pewno nie zapomnimy tego ulicznego zgiełku. Na szczęście powoli zaczynamy się już do niego przyzwyczajać, tym bardziej, że mamy świadomość, że jazda w innych miastach będzie wyglądać podobnie. W końcu dojeżdżamy nad morze. Ja momentalnie zeskakuję ze swojej YBR, przebieram się w krótkie spodenki i biegnę w kierunku wody. W taką pogodę jej chłód potrafi zdziałać cuda 😉

Durres

Mimo wielkiego uroku tego miejsca, wsiadamy na motory i jedziemy dalej. W pewnym momencie jest mi tak gorąco, że nie mogę oddychać… Sytuację ratuje postój na (mikro) stacji benzynowej. Przyjazny staruszek polewa mnie zimną wodą z węża ogrodowego, sprzedaje 2 butelki zimnej wody za 1 euro, udostępnia krzesło i łazienkę. Generalnie toaleta czy sklep na albańskiej stacji benzynowej to rarytas – z reguły jest tylko benzyna, a i ona nie zawsze. O płatnościach kartą możecie zapomnieć. To ważna informacja, bo przed wyjazdem przeczytałam, że nie będzie z tym problemu, ale rzeczywistość okazała się inna. Odpoczynek na stacji okazuje się dla mnie przełomowy, a pokonywanie dalszych kilometrów przychodzi łatwiej.

Z Durres lecimy do Beratu, zwanego „miastem tysiąca okien”. Nazwa wzięła się stąd, że domy położone są tam na zboczu wzgórza. Widok jest naprawdę niesamowity.

Berat
Oprócz tego Berat posiada także wiele innych obiektów, które mogą przyciągnąć turystów: zamek, Meczet Królewski, Meczet Kawalerów oraz liczne cerkwie. W 2008 roku miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ze względu na panujący gorąc robimy sobie prawie godzinną przerwę na placu obok tamtejszego uniwersytetu. Trzeba przyznać, że monumentalny budynek uczelni wygląda bardziej jak muzeum czy zabytkowy kościół. Sam plac z kolei jest mocno zaśmiecony, ale wypasającemu się nieopodal koniu wcale to nie przeszkadza. Nam w zasadzie również.

Berat
Bo wizycie w Beracie udajemy się znów w kierunku wybrzeża. Przejeżdżamy przez Fier i udajemy się do pobliskiej Apollonii, gdzie znajdują się ruiny greckiego miasta. W tym czasie zostajemy zaatakowani przez… pszczoły. Daniel zostaje użądlony w nogę, ja w brzuch i palec. Delikatne ślady mamy do dzisiaj…
Pod koniec dnia docieramy do mocno zatłoczonej Vlory. Robi się już późno, dlatego zaczynamy myśleć o noclegu. Znajdujemy go na campingu „Cekodhima” tuż przy samej plaży. A ta jest naprawdę piękna. Szybko rozbijamy namiot i wskakujemy do morza – marzyliśmy o tym cały dzień. Co do samego miejsca, to będziemy je mocno polecać. Kusi także cena – 5 euro od osoby.

Vlora

Dzięki morskiej kąpieli i smacznej kolacji szybko regenerujemy siły – to dobry znak, bo następnego dnia mamy do pokonania legendarną już Przełęcz Llogara. Ale o tym napiszemy już niedługo w kolejnym wpisie.


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with no comments yet.

Albańskimi drogami

Za nami kilka dni podróży po Albanii. Po dwóch dniach drogi samochodem byliśmy już w Kruje. Tam nocowalismy na wzgórzu zamkowym. Trzeba przyznać, że przejazd z przyczepą i motocyklami nie należał do najłatwiejszych ze względu na strome i śliskie zbocza. Od razu dało się zauważyć otwartość i gościnność Albanczyków. Zjedlismy tradycyjną albanska kolację, składającą się między innymi z zupy z koziego sera, gotowanych papryczek, pasty oraz czegoś na kształt naszego budyniu z ryżem. Kolejnego dnia ruszyliśmy już motocyklami w kierunku morza. Odwiedziliśmy mocno zatłoczone Durres i jadąc tak wybrzeżem dotarliśmy pod miejscowość Vlore. Ten dzień mocno dał nam w kość – dopiero przyzwyczajalismy się do prawie 40-stopniowych upałów i stylu jazdy Albańczyków. W miastach trzeba było mieć oczy dookoła głowy. Na szczęście udało nam się zregenerować siły na campingu tuż przy samym morzu. Tak tam pięknie, że ciężko było rozstawać się z tym miejscem, dlatego w dalszą podróż wyruszyliśmymy dopiero popołudniu. A czekała nas bardzo ambitna trasa przez Przełęcz Llogara. Mnóstwo zakrętów, strome podjazdy oraz chaotycznie jeżdżący lokalsi… Ale za to widoki niezapomniane. Nocowalismy w Ksamilu na rewelacyjnym campingu niedaleko morza. Tak nam się spodobało, że postanowiliśmy zostać 1 dzień dłużej. I to był strzał w dziesiątkę. Pojechaliśmy w tym czasie na wycieczkę do Butrintu, gdzie zwiedzilismy ruiny starożytnego miasta. Później odpoczywalismy na plaży 😉 Dziś z Ksamilu ruszyliśmy do Gjirokastry. Zobaczyliśmy tam zamek, który oprócz standardowego „wyposażenia” miał na swoim dziedzińcu wrak amerykańskiego samolotu. Jadąc prawie cały dzień górskimi drogami dotarliśmy do miasta Pogradec nad jeziorem Ochrydzkim. Jutro czeka nas Macedonia… Tak po krótce wyglądało kilka h dni. Albania to wspaniały kraj, z przepięknymi krajobrazami i niezwykle sympatycznymi ludźmi. Wszyscy są bardzo pomocni i prawie zawsze uśmiechnięci. Ale widzą też w nas turystów, którzy generują im dochód, dlatego trzeba być czujnym jeśli chodzi o płatności. Przepraszamy za wszelkie błędy i literówki popełnione w tym poście – niestety zmęczenie daje znać o sobie…

Przełęcz Llogara - Albania 2015

Orikum - Albania 2015


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , by with no comments yet.
Close
%d bloggers like this: