Albania, cz. 3

Z lekkim żalem opuszczamy piękne albańskie wybrzeże. W dalszą drogę gna nas ciekawość, co też spotka nas we wschodniej części kraju oraz w sąsiedniej Macedonii.

Z Ksamilu wyruszamy w kierunku Gjirokastry, zwanej „Miastem Tysiąca Schodów”. Docieramy tam dość szybko. Główną atrakcją miasta jest zamek ulokowany na skalistym wzniesieniu. Z tego powodu droga do niego nie należy do najprzyjemniejszych. Ale gdy już docieramy na szczyt uznajemy, że to był dobry wybór – przede wszystkim w murach zamku jest chłodno i to nam się bardzo podoba 🙂 Idąc długim korytarzem oglądamy militaria z okresu II wojny światowej. Jednak prędko opuszczamy wnętrza, bo to na dziedzińcu można zobaczyć najciekawsze rzeczy. Przede wszystkim znajduje się tam wrak amerykańskiego samolotu zwiadowczego, który w latach 50-tych lądował awaryjnie na terytorium Albanii. Oprócz tego podziwiamy także wieżę zegarową oraz wspaniały widok na miasto. Już później dowiadujemy się, że swego czasu w podziemiach zamku przetrzymywano więźniów politycznych.

Zamek Gjirokastra

Zamek Gjirokastra

Gjirokastra

Gjirokastra - widok na miasto

W ogromnym upale ruszamy dalej. Przejeżdżamy przez Tepelenę, słynącą ze swej wody, rozprowadzanej po całym kraju pod tą samą nazwą. Mijamy także Këlcyrę i kanion Gryka e Këlcyrës. Drogi są już znacznie gorszej jakości niż na wybrzeżu, ale dalej jest mnóstwo podjazdów i zakrętów. Za to panuje tam znacznie mniejszy ruch samochodowy. Widoki przez całą trasę są niesamowite, zwłaszcza w rejonie Tepeleny. Nie robimy jednak zbyt wielu postojów – szkoda czasu, a poza tym przy tej temperaturze, to żadna przyjemność.

Albania

Spory odcinek jedziemy wzdłuż greckiej granicy. Ciężko znaleźć jakieś zacienione miejsce na odpoczynek, ale w końcu nam się to udaje. Lokujemy się przy ogromnym drzewie, rosnącym przy ulicy. Po kilku minutach na tym można powiedzieć pustkowiu, ze strony pola wyłania się samochód. Ludzie z auta nie wysiadają, ale bacznie nas obserwują. Nie do końca wiemy czy w jakiś sposób zareagować, dlatego czekamy na dalszy rozwój sytuacji. Po kilkunastu minutach pod drzewo podjeżdża bus – nasza miejscówka okazała się przystankiem autobusowym 😀 Nasi towarzysze witają się ze swoim gośćmi, po czym odjeżdżają machając nam. Nie ma się jednak czym przejmować, bo przysiadają się kolejne osoby – starszy mężczyzna z dwójką wnucząt. Dowiadujemy się co nieco o życiu na pograniczu grecko-albańskim, opowiadamy trochę o naszej wyprawie. Po krótkiej pogawędce, wsiadamy na motory i ruszamy dalej.

drogi w Albanii

Pod koniec dnia dojeżdżamy nad Jezioro Ochrydzkie do miejscowości Pogradec. Jesteśmy tuż przy granicy z Macedonią. W miarę szybko znajdujemy camping „Victoria”, w którym zostajemy na noc. Jest on położony przy hotelu o tej samej nazwie, więc jeśli ktoś nie lubi spać w namiocie, może wynająć tam pokój. Plusem jest także całkiem dobra restauracja i jezioro tuż pod samym nosem.

Jezioro Ochrydzkie

Rano, gdy już składamy namiot, znajdujemy… kraba. Wszystko wskazuje na to, że przywieźliśmy go aż z Ksamilu 😉

krab

Do Albanii wracamy ponowie, po wizycie w Macedonii. Kierujemy się do Kukes. Tereny przez które przejeżdżamy są bardzo słabo zaludnione. Czasem spotykamy kogoś poruszającego się na mule, czasem stada różnych zwierząt (głównie owiec). We wsiach dzieci wyskakują na ulice i machają nam. Poza tym mijamy średnio jedno auto co pół godziny… Drogi są całkiem w porządku, choć w niektórych miejscach brakuje asfaltu. Przez spory odcinek nasz pas jest zanieczyszczony kamieniami, które usunęły się ze zbocza. Mimo to jedzie się całkiem przyjemnie.

Albania

 

Pod koniec dnia docieramy do Kukes. Mocno podziurawioną drogą wjeżdżamy w głąb miasta. Tam poznajemy mężczyznę, który kieruje nas do hotelu. Nasz pokój odbiega znacznie od ogólnie przyjętych standardów, ale cieszymy się, że udało nam się tak szybko znaleźć nocleg. A i cena do wygórowanych nie należy.

Gdy chcemy wyjść do sklepu właściciel hotelu wyznacza chłopaka, który będzie nam towarzyszył… Jesteśmy mocno zdezorientowani, jednak nie dajemy tego po sobie poznać. Podczas wieczornych rozmów przy piwie słyszymy, że zaledwie kilka dni przed nami w mieście gościła drużyna Legii Warszawa, oczywiście wraz ze swoimi kibicami. Piłkarze grali z lokalną drużyną FK Kukesi. Dopiero po powrocie do domu dowiadujemy się, że mecz został przerwany w połowie z powodu ataku z trybun na polskiego zawodnika. Oprócz tego kibice Legii również nie pozostawili po sobie najlepszych wspomnień… Być może dlatego właśnie, nam Polakom, było niewskazane poruszać się samotnie po mieście.

Wracając jeszcze do zakupów – okazuje się, że w markecie nie ma chleba (!) I tu kolejna ciekawostka – większość kobiet w Albanii piecze go samodzielnie w domach, dlatego w sklepach są tylko niewielkie ilości. Jest prawie wieczór, więc wydaje się, że na zdobycie pieczywa nie ma szans. Nagle zza kasy wychodzi młoda dziewczyna, wyjątkowo dobrze mówiąca po angielsku. Zabiera mnie na pobliski targ i w moim imieniu kupuje chleb na jednym ze straganów. Wracam do sklepu, by dokończyć zakupy…

Godzinę później siedzimy już w hotelowym ogródku piwnym i dyskutujemy z miejscowymi na temat życia w Albanii i w Polsce.

Yamaha TDM 850, Yamaha YBR 125

Rano ruszamy w dalszą drogę – nie należy ona do najprzyjemniejszych – trafiamy na spory korek, część trasy pokonujemy w żółwim tempie, bo nie zawsze da się przejechać poboczem czy między autami. Na szczęście nie są to duże odległości i w okolicach południa jesteśmy już w Kruje. Zbliża się koniec naszej podróży po Albanii, przed nami jeszcze Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina oraz Chorwacja.

Albania to raj dla każdego. Raj dla motocyklistów, bo mają tam kręte górskie drogi, jak również tereny do jazdy enduro. Raj dla leniwych, bo całymi dniami mogą wygrzewać się na pięknych plażach. Raj dla miłośników historii, bo znajduje się tam mnóstwo pozostałości po starożytnych cywilizacjach. I wreszcie raj dla odkrywców – bo jeszcze sporo tam terenów, o których mało kto u nas słyszał.

Albania to kraj patriarchalny. Tu rządzą mężczyźni. Interesy prowadzi się rodzinnie, ale to faceci nimi kierują. Kobiety głównie zajmują się domem. Również za kierownicą raczej ich nie spotkacie – Albańczycy żartują, że mogą one siedzieć po lewej stronie auta tylko wtedy, gdy jest on sprowadzony z Anglii. Również w trakcie rozmowy bardziej zwracają się do mężczyzn, jakby to co ma do powiedzenia przedstawicielka płci pięknej zupełnie ich nie obchodziło.

Zacząć jakikolwiek biznes nie jest ponoć trudno, w myśl zasady – masz pomysł – działasz, bez zbędnych formalności. Dlatego też tak dużo Albańczyków prowadzi własną działalność gospodarczą. Popularne są zwłaszcza myjnie samochodowe oraz stacje benzynowe (choć nie zawsze jest na nich benzyna 😉 ). Z drugiej jednak strony na każdym kroku spotyka się tam sporo pustostanów i nikogo to już nie dziwi.

Albania

 

Czytając fora i blogi internetowe widać jak to państwo z roku na rok się zmienia. Pojawiają się nowe hotele, campingi oraz dobrej jakości drogi. Płacić można z reguły dwoma walutami: lekami i euro. Na kartę bankomatową nie liczyłabym – terminale zdarzają się tylko w dużych sklepach największych miast. Osoby zatrudnione w turystyce mówią w języku angielskim, a nawet zdarza się, że znają pojedyncze polskie słowa.

Często słyszy się u nas, że Albania może być niebezpieczna, docierają dziwne historie o kradzieżach… Nic z tych rzeczy! Albańczycy są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów i przede wszystkim ich szanują (odwrotnie niż w przereklamowanej Chorwacji). Sami mają świadomość o tej nie najlepszej opinii i robią wszystko, żeby ją poprawić – ta kwestia często pojawiała się w rozmowach z nimi. Na wybrzeże przyjeżdża coraz więcej Polaków i innych turystów z Europy Zachodniej. Nie da się ukryć, że Albania kusi ich nie tylko pięknymi krajobrazami, ale także atrakcyjnymi cenami.

Tak, Albania to niezwykły kraj i bez cienia wątpliwości polecamy podróż tam. My na pewno jeszcze kiedyś tam wrócimy…


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with no comments yet.

Albania, cz. 2

Druga część wpisu o naszej „albańskiej przygodzie”…

Jesteśmy nad morzem we Vlorze. Do doświadczeniach dni wcześniejszych decydujemy się wyjechać w dalszą drogę dopiero popołudniu. Trasa budzi we mnie – początkującej motocyklistce – pewne obawy. Mamy bowiem przejechać przez legendarną już Przełęcz Llogara. Słynie ona ze stromych podjazdów i ostrych zakrętów. Na dokładkę mamy jeszcze nieprzewidywalnych na drodze Albańczyków.
Zanim jednak wjedziemy na Przełęcz, zahaczamy jeszcze o jeden istotny punkt naszej wycieczki – Orikum. Jest to niewielka, acz piękna miejscowość na wybrzeżu, gdzie mieszczą się ruiny starożytnego greckiego miasta z VII w. p. n. e. W parku archeologicznym są pozostałości po amfiteatrze i świątyni Apolla wraz z ołtarzem ofiarnym. Jednakże wszystko to znajduje się na terenie czynnej bazy wojskowej. Ponoć umieszczone zostały tam również stare łodzie podwodne – nie da się ukryć, że ta informacja najbardziej nas przyciągnęła. Strażnicy przy bramie wjazdowej nie są zbyt chętni do wpuszczania gości… A może tylko udają, bo jak się później okazuje mają w tym swój interes. Z miejsca orientujemy się, że na zobaczenie wyżej wspomnianych okrętów raczej nie mamy szans, ponieważ są pilnie strzeżone… a i kula jakaś może się po drodze zawieruszyć. Po spisaniu numerów rejestracyjnych naszych motocykli i danych z paszportów dostajemy możliwość wstępu na godzinę. Jedziemy wzdłuż malowniczej plaży, z drugiej strony mijając stare bunkry. Nagle zza krzaków wyskakuje mężczyzna i kieruje nas na boczną dróżkę. Oczami wyobraźni widzę uśmiech Daniela, który w końcu ma okazję zjechać z asfaltu 😉 Po krótkiej przejażdżce szutrem trafiamy na skamieniałości. Od razu też dobiega do nas wcześniej spotkany człowiek i sprzedaje bilety za 200 leków od osoby. I całe szczęście jest to niewielka suma, bo po owych starożytnych budowlach zostało tylko trochę kamieni. W nadziei, że jest coś więcej, wspinam się na sam szczyt górki, niestety – nic interesującego nie znajduję. Cykamy kilka fotek i mocno niepocieszeni wyjeżdżamy z tego miejsca. Pod koniec łapie nas jeszcze „Pan Bileter”, który po raz kolejny podkreśla, żebyśmy nie wjeżdżali w głąb bazy.

Orikum

Orikum

Orikum

Ruszamy na Przełęcz Llogara. Rzeczywiście, wszystko to co do tej pory o niej słyszeliśmy zdaje się potwierdzać. Mamy więc mocno strome podjazdy i mnóstwo zakrętów – raj dla (prawie) każdego motocyklisty. Widoki zapierają dech w piersiach, ale też trzeba uważać, żeby zbytnio się na nie nie zapatrzeć. O niebezpieczeństwie przypominają pojawiające się co jakiś czas na poboczach krzyże upamiętniające tych, który mieli mniej szczęścia i zginęli na tej drodze. Trzeba też uważać na innych kierowców, którzy przywykli do ścinania zakrętów czy zatrzymywania się na środku szosy. Ale nie taki diabeł straszny… Z czasem okaże się, że będziemy mieli do pokonania o wiele trudniejsze trasy.

Przełęcz Llogara - Albania motocyklem

Jemy obiad niedaleko Sarandy, gdy nagle zaczyna padać deszcz. W przeciwieństwie do innych turystów my z tych warunków pogodowych się cieszymy. Po 30 minutach wychodzi ponownie słońce, a o deszczu już nikt nie pamięta 😉

IS_P7220103

Przejechanie Przełęczy Llogara zgodnie z przewidywaniami zajmuje nam około 3 godziny, licząc ze wszystkimi przerwami. Pod wieczór docieramy do Ksamilu. Szybko znajdujemy camping, który okazuje się strzałem w dziesiątkę. Już w bramie wita wszystkich przyjezdnych pani gospodarz. Mamy możliwość wyboru miejsca pod namiot, ostatecznie decydujemy się na przestrzeń między wysokim płotem a budynkiem, co gwarantuje cień prawie przez cały dzień. Na wstępie właścicielka przynosi mrożoną kawę, colę i dwie butelki zimnej wody (ten sam zestaw dostajemy także następnego dnia). Mamy do dyspozycji własny stolik, ławeczki, parasol. Żeby spało się wygodniej, pod namiot kładziemy dywan otrzymany od gospodyni. Jesteśmy pod wrażeniem czystości i praktycznych rozwiązań zastosowanych na campingu. A to wszystko za jedyne 5 euro od osoby!

Ksamil

Ksamil

Oczywiście od razu ruszamy nad morze. Siadamy na skały, ale szybko z nich zeskakujemy, gdy zauważamy sąsiedztwo krabów 😉 Plażę wypełniają liczne płatne leżaki i parasole, zaś woda jest nieskazitelnie czysta…

Ksamil

Ksamil

Tak nam się tu podoba, że podejmujemy decyzję, żeby zostać dzień dłużej. Wykorzystujemy go między innymi na zwiedzenie pobliskiego Butrintu. A warto, bo w tym jednym miejscu znajdują się pozostałości po aż sześciu różnych kulturach. Można tam zobaczyć amfiteatr z III w. p.n.e. baptysterium z VII w., ruiny łaźni rzymskich z V oraz XIV-wiecznego zamku weneckiego. Teren jest spory, więc przejście go zajmuje kilka godzin. Sam wstęp nie należy do najtańszych – to 700 leków. Standardowo już towarzyszy nam niemiłosierny upał, lecz co jakiś czas można się schłodzić wodą lub schować w cieniu, którego też nie brakuje. Ponadto z racji tego iż odległość z Ksamilu do Butrintu jest niewielka, rezygnujemy z ubrań motocyklowych.

Butrint

Butrint

Butrint - Albania

Próbujemy też lokalnych smaków. Na śniadanie wcinamy byrka. Jest to trójkąt zrobiony z ciasta francuskiego wypełniony farszem, w naszym przypadku był to kozi ser. Jest to najpopularniejsza przekąska w Albanii, bardzo sycąca. Dodatkowo kupujemy także biały serek z papryczkami jalapenos i oliwkami. Jest bardzo ostry, ale równie smaczny. Z kolei na obiad udajemy się do miejscowej restauracji i zamawiamy baraninę w sosie jogurtowym. Z przykrością stwierdzam, że był to najgorszy posiłek jaki jadłam w życiu. Mięso jest strasznie twarde, pełne tłuszczu i do tego z kością. W zasadzie mogliśmy się tego spodziewać, ale zależało nam na tym, żeby zjeść coś z lokalnej kuchni. Z knajpki wychodzimy jeszcze bardziej głodni niż byliśmy wcześniej.

Butrint

 

Ksamil to koniec naszej podróży wzdłuż wybrzeża, ale wcale nie kres naszej wyprawy. W następnym wpisie przeczytacie o zamku w Gjirokastrze, krabie nad Jeziorem Ochrydzkim oraz specyficznej wizycie w Kukes.


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with 4 komentarze.
Close
%d bloggers like this: