Macedonia

Planując wakacje myśleliśmy głównie o zwiedzaniu Albanii. Z czasem jednak dochodziły do nas słuchy, że sąsiednie państwa są równie interesujące i mogą mieć wiele do zaoferowania. Dlatego też rozszerzyliśmy naszą podróż o inne bałkańskie kraje. Macedonia motocyklem to również ciekawa alternatywa na wakacje.

Do Macedonii wjeżdżamy z Albanii, od strony Jeziora Ochrydzkiego. Na początku trafiamy do Ochrydu, słynnego kurortu przyciągającego tysiące turystów każdego roku. Rzeczywiście jest co zwiedzać – znajdują się tam liczne cerkwie (św. Zofii, św. Pantelejmona, św. Jana z Kaneo), ruiny twierdzy cara Samuela oraz starożytny teatr. Przejeżdżamy przez główną ulicę miasta. Jest bardzo upalnie, korek na drodze niesamowity, ale do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

Trzeba przyznać, że nie jesteśmy zbyt dobrze przygotowani do wizyty w tym mieście, bo zupełnie nie wiemy jak znaleźć poszczególne zabytki. Znaków informacyjnych też nie widzimy, więc generalnie błądzimy jak dzieci we mgle. Przedostajemy się pod pomnik Klimenta Ochrydzkiego stojącego na końcu promenady. Oboje tak naprawdę mamy już dość tego miejsca i w głowie kołacze się jedna myśl: ucieczka. Być może trzeba było tam zostać na dzień lub dwa i na spokojnie przejść się po mieście. My jednak byliśmy tego dnia dopiero na początku naszej drogi i najzupełniej nam się to nie opłacało. Może uda się innym razem 😉

Ochryd

Ochryd, Macedonia motocyklem Yamaha YBR 125

Niekoniecznie wesoło i kolorowo

Następnym punktem naszej wycieczki ma być słynny Kanion Matka, położony nieopodal Skopje. Świadomie rezygnujemy z autostrady, żeby lepiej poznać Macedonię. Po około godzinie orientujemy się, że raczej nie ma co liczyć na piękne widoki, jak to miało miejsce w Albanii. Jedziemy głównie miastami, które mamy wrażenie ciągną się w nieskończoność. Czujemy się tak jakbyśmy nie byli już w Europie. Miasta są zaniedbane, drogi kiepskie, a ludzie dziwnie nam się przyglądają.

Mijamy sporo opuszczonych budynków, ale z drugiej strony da się także zauważyć dużą liczbę knajpek. Co ciekawe praktycznie w każdej stoliki są zajęte – przesiadują tam jednak sami mężczyźni, kobiety żadnej nie dostrzegam. Nie widać też turystów, choć po drodze mijamy kilka samochodów na zachodnioeuropejskich tablicach (Szwajcarzy, Holendrzy). Oczywiście jak to na Bałkanach bywa – każdy jeździ jak chce… Klimat raczej nie sprzyja do zatrzymywania się w tych rejonach, stąd też przywieźliśmy stamtąd dosłownie jedno przypadkowo zrobione zdjęcie.

Macedonia
Późnym popołudniem docieramy pod Kanion Matka. Mówi się, że być w Macedonii i nie zobaczyć tego miejsca, to grzech. Wrażenie robią pasma górskie, które otaczają jezioro. Uroki tego miejsca podziwia się z wynajętej łódki bądź z tarasu ulokowanej tam restauracji. Ponadto można także popłynąć do jaskini oraz odwiedzić monastyr św. Mikołaja.

Kanion Matka
Po całodniowej jeździe zależy nam na tym, żeby jak najszybciej znaleźć nocleg. Jak się okazuje wcale nie jest to takie proste. Wcześniej wyszukaliśmy camping niedaleko kanionu. Gdy tam docieramy okazuje się, że to co kiedyś było campingiem, dziś można nazwać slumsami. Z początku nie wygląda to źle – jest parking, jakieś budynki, sporo ludzi i ogromny sztuczny akwen. Zaczynam szukać zarządcy, ale po chwili orientuję się, że domki są opuszczone, a terenem nikt już nie administruje. Obszar jest ogromny. Część osób przyjechała jedynie się wykąpać, druga część mieszka (chyba na stałe) w rozpadających się i zniszczonych campingach. Po krótkiej naradzie decydujemy, że musimy szukać innego miejsca.

Teren wokół kanionu przejeżdżamy kilka razy. O tej porze nigdzie nie ma już miejsc. Zresztą baza noclegowa tam jest dość uboga, bo większość turystów przyjeżdża z położonego ok. 15 kilometrów dalej Skopje. Zupełnym przypadkiem poznajemy ludzi, który telefonicznie znajdują nam hostel w macedońskiej stolicy. Jesteśmy uratowani 😉 Żeby nie mieć takich problemów jak my, możecie zarezerwować wcześniej na Booking.com

Skopje nocą

Nasi nowi znajomi prowadzą nas do celu. Jest niedziela wieczór, więc ulice są względnie przejezdne. Pod koniec rozładowują się intercomy i tracimy możliwość rozmowy. Na szczęście niedługo potem jesteśmy już na miejscu. Nocujemy w Hostelu Urban, ale do dyspozycji dostajemy 2-pokojowe mieszkanie z aneksem kuchennym i balkonem (wynegocjowana cena: 35 euro). To miła odmiana po noclegach w namiocie, chociaż one oczywiście też mają swój nieodparty urok ;).

Jesteśmy mocno zmęczeni, jednak prysznic potrafi zdziałać cuda. Jako że nasze mieszkanko mieści się praktycznie w centrum, postanawiamy pójść na krótki spacer, żeby choć trochę zobaczyć jak wygląda Skopje. Nie spodziewamy się żadnych rewelacji – do tej pory Macedonia nas nie rozpieszczała.

Idziemy bulwarem Partizanski Odredi po drodze mijając kasyna i kluby nocne. Docieramy do charakterystycznej cerkwi św. Klemensa z Ochrydu. Zmierzamy dalej ku ulokowanej na wzniesieniu twierdzy Skopsko Kale. Jej początki szacuje się na VI w. (czasy bizantyjskie), jednak na przestrzeni lat była wielokrotnie przebudowywana. Jesteśmy w tym momencie już nad rzeką Wardar, która przedziela miasto na dwie części. Przemieszczamy się wzdłuż rzeki, po jej drugiej stronie mijamy stworzony w stylu antycznym Teatr Narodowy oraz Muzeum Macedońskiej Walki o Niepodległość.

Skopsko Kale

Skopje
Powoli zaczynamy zdawać sobie sprawę, że to miasto kryje w sobie więcej niż przypuszczaliśmy. W końcu trafiamy na słynny Plac Macedonia. Na jego środku mieści się pomnik-fontanna „Wojownik na koniu”. Owym wojownikiem w rzeczywistości jest Aleksander Wielki. Od lat trwa spór Macedończyków i Greków o jego pochodzenie, więc żeby nie drażnić sąsiadów autorzy pomnika zdecydowali się na taką, a nie inną nazwę. Z racji tego, że jesteśmy tam w nocy, mamy szansę zobaczyć pokaz „woda-światło-dźwięk”. Robi to na nas niesamowite wrażenie. Oprócz tego nieopodal placu znajduje się łuk triumfalny – „Brama Macedonii”, wybudowany w 2011 roku z okazji 20-lecia niepodległości.

Skopje, plac Macedonia

Brama Mecedonii
Ruszamy dalej i mostem o wdzięcznej nazwie „Oko” (Eye Bridge) przechodzimy na drugą stronę miasta. Sam most jest pięknie oświetlony i prezentuje się świetnie. Wychodzimy na wprost monumentalnego Muzeum Archeologicznego. Cały czas mijamy też kolejne oświetlone pomniki, m.in. Pomnik Macedońskich Matek. Zaczyna do nas docierać, że Skopje to miasto niezwykłe, a nagromadzenie interesujących obiektów na metr kwadratowy jest wprost niespotykane. Z drugiej strony pojawia się czerwona lampka, że coś tu jest nie tak…

Skopje, pomnik Macedońskich Matek
Uliczki zaczynają robić się coraz węższe, pojawia się coraz więcej knajpek. To Carsija, muzułmańska dzielnica miasta. Widać tu mocno naznaczone wpływy tureckie, dlatego często nazywana jest Małym Stambułem. Jednak turystów, jak i mieszkańców stolicy przyciąga głównie ogromna liczba lokali. Każdy z nich ma swój własny klimat, w niektórych odbywają się koncerty lub dyskoteki. My też ulegamy urokowi tego miejsca i kosztujemy popularnego piwa Skopsko. Później znajdujemy jeszcze Meczet Mustafa Paszy, przechadzamy się po uliczkach podziwiając witryny sklepowe. Wrażenie robią zwłaszcza te z mocno udekorowanymi sukniami ślubnymi.

Carsija
Wychodzimy z dzielnicy Kamiennym Mostem. Urósł on do symbolu miasta, widnieje nawet w jego herbie. Powstał w XV wieku za panowania tureckiego sułtana Mahmeda Zdobywcy. Składa się z 12 półkolistych łuków i w całości mierzy 214 metrów. W średniowieczu był centrum najważniejszych wydarzeń oraz… miejscem egzekucji. Przechodząc obok pomnika Justyniana I ponownie trafiamy na Plac Macedonia. Jest już po północy, powoli kończymy naszą wędrówkę po mieście i ruszamy w kierunku hostelu…

Kamienny Most, Skopje
A teraz trochę faktów z najnowszej historii Skopje. W 1963 roku podczas trzęsienia ziemi miasto zostało niemal całkowicie zniszczone. Przetrwały tylko nieliczne zabytki, między innymi wspomniany wyżej Kamienny Most czy Twierdza Kale. Po latach przyjęto plan rozwoju miasta „Skopje 2014”, który zaczęto realizować w 2010 roku. Głównym założeniem projektu było zbudowanie obiektów takich jak: muzea, teatr, filharmonia czy inne budynki użyteczności publicznej. Wszystkie zostały wystylizowane na antyczne. Oprócz tego w centrum miasta powstało około 50 pomników i fontann. Początkowo na to wszystko miano wydać ok. 80 mln euro. Obecnie koszty szacuje się w granicach 500 mln euro (!).

Skopje

Skopje
Opinie o Skopje są bardzo skrajne. Jedni mówią, że miasto pełne jest kiczu i powoli zamienia się z Disneyland. Razi zwłaszcza duża ilość pomników, które z czasem przestają być interesujące. Trochę dziwi fakt, że w XXI wieku ktoś chce budować antyczne miasto, i to na taką skalę. Nie da się też ukryć, że Macedończyków irytują ogromne nakłady finansowe przeznaczone na rozwój stolicy. Z drugiej jednak strony z roku na rok przyciąga ona coraz więcej turystów. Jest sporo nowoczesności, ale jednocześnie stara dzielnica zachowała swój klimat. Skopje kusi zwłaszcza nocą, stąd też nazywa się je czasem Małym Vegas. Oświetlone budynki i monumentalne pomniki zapierają dech w piersiach. My, gdy byliśmy w centrum, nie wiedzieliśmy, gdzie skierować nasz wzrok – tyle działo się dookoła. Dlatego przychylamy się bardziej do tej drugiej opinii. Dla nas Skopje pozostanie miastem niezwykłym.

Skopje 2015

Urocze Mavrovo

Niestety zbyt szybko żegnamy się z macedońską stolicą. Następnego dnia jedziemy już z powrotem w kierunku albańskiej granicy. Tym razem wybieramy autostradę. Nie należy ona do najtańszych. Co około 30-40 km mijamy bramki, gdzie zostawiamy po 1 euro od motocykla lub 300-400 denarów, w zależności od odcinka. Ale dzięki temu oszczędzamy czas i dość szybko docieramy do kolejnego celu naszej podróży – nad jezioro Mavrovo i miejscowość o tej samej nazwie.

Mavrovo to tak naprawdę wieś, choć ponoć zimą zamienia się ona w narciarski kurort. Z kolei jezioro powstało w wyniku wybudowanej w latach 50-tych tamy. To właśnie przyczyniło się do stworzenia największej atrakcji w okolicy – zatopionego kościoła. Ów kościół leżał bowiem na terenie planowanego jeziora. Budowla jednak została, woda sięga czasem aż do połowy jej wysokości (nie licząc wieżyczki), co widać po ciemniejszych śladach na murach. My akurat jesteśmy tam w samym środku upalnego lata, dlatego też poziom wody znacznie się obniżył i opuszczony kościół nie jest wcale zatopiony…

Mavrovo

interesujące miejsca w Mecedonii
Drugą atrakcją Mavrova jest położona nieopodal cerkiew. Większość osób trafia do niej zapewne przypadkiem, bo prawie nigdzie nie można znaleźć o niej informacji; najprawdopodobniej dlatego, że jest budowlą stosunkowo młodą. Choć niewielka (jak większość cerkwi na Bałkanach), to imponujące jest zwłaszcza jej wnętrze – malowidła w mocnych kolorach, ogromny kryształowy żyrandol i mnóstwo świec. Na obrazach ustawionych w samym centrum świątyni wierni zostawiają swoje datki.

Mavrovo

Mavrovo cerkiew
W miasteczku znajduje się kilka restauracji, więc jemy tam obiad i ruszamy dalej w trasę. To już koniec naszej wizyty w Macedonii. Nie ukrywam, że byliśmy tak zachwyceni Albanią, że chcemy tam jak najszybciej wrócić. Z kolei Macedonia nie robi na nas tak dużego wrażenia, może jednak trzeba więcej czasu, żeby lepiej poznać i zrozumieć ten kraj.


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with 2 komentarze.

Albania, cz. 3

Z lekkim żalem opuszczamy piękne albańskie wybrzeże. W dalszą drogę gna nas ciekawość, co też spotka nas we wschodniej części kraju oraz w sąsiedniej Macedonii.

Z Ksamilu wyruszamy w kierunku Gjirokastry, zwanej „Miastem Tysiąca Schodów”. Docieramy tam dość szybko. Główną atrakcją miasta jest zamek ulokowany na skalistym wzniesieniu. Z tego powodu droga do niego nie należy do najprzyjemniejszych. Ale gdy już docieramy na szczyt uznajemy, że to był dobry wybór – przede wszystkim w murach zamku jest chłodno i to nam się bardzo podoba 🙂 Idąc długim korytarzem oglądamy militaria z okresu II wojny światowej. Jednak prędko opuszczamy wnętrza, bo to na dziedzińcu można zobaczyć najciekawsze rzeczy. Przede wszystkim znajduje się tam wrak amerykańskiego samolotu zwiadowczego, który w latach 50-tych lądował awaryjnie na terytorium Albanii. Oprócz tego podziwiamy także wieżę zegarową oraz wspaniały widok na miasto. Już później dowiadujemy się, że swego czasu w podziemiach zamku przetrzymywano więźniów politycznych.

Zamek Gjirokastra

Zamek Gjirokastra

Gjirokastra

Gjirokastra - widok na miasto

W ogromnym upale ruszamy dalej. Przejeżdżamy przez Tepelenę, słynącą ze swej wody, rozprowadzanej po całym kraju pod tą samą nazwą. Mijamy także Këlcyrę i kanion Gryka e Këlcyrës. Drogi są już znacznie gorszej jakości niż na wybrzeżu, ale dalej jest mnóstwo podjazdów i zakrętów. Za to panuje tam znacznie mniejszy ruch samochodowy. Widoki przez całą trasę są niesamowite, zwłaszcza w rejonie Tepeleny. Nie robimy jednak zbyt wielu postojów – szkoda czasu, a poza tym przy tej temperaturze, to żadna przyjemność.

Albania

Spory odcinek jedziemy wzdłuż greckiej granicy. Ciężko znaleźć jakieś zacienione miejsce na odpoczynek, ale w końcu nam się to udaje. Lokujemy się przy ogromnym drzewie, rosnącym przy ulicy. Po kilku minutach na tym można powiedzieć pustkowiu, ze strony pola wyłania się samochód. Ludzie z auta nie wysiadają, ale bacznie nas obserwują. Nie do końca wiemy czy w jakiś sposób zareagować, dlatego czekamy na dalszy rozwój sytuacji. Po kilkunastu minutach pod drzewo podjeżdża bus – nasza miejscówka okazała się przystankiem autobusowym 😀 Nasi towarzysze witają się ze swoim gośćmi, po czym odjeżdżają machając nam. Nie ma się jednak czym przejmować, bo przysiadają się kolejne osoby – starszy mężczyzna z dwójką wnucząt. Dowiadujemy się co nieco o życiu na pograniczu grecko-albańskim, opowiadamy trochę o naszej wyprawie. Po krótkiej pogawędce, wsiadamy na motory i ruszamy dalej.

drogi w Albanii

Pod koniec dnia dojeżdżamy nad Jezioro Ochrydzkie do miejscowości Pogradec. Jesteśmy tuż przy granicy z Macedonią. W miarę szybko znajdujemy camping „Victoria”, w którym zostajemy na noc. Jest on położony przy hotelu o tej samej nazwie, więc jeśli ktoś nie lubi spać w namiocie, może wynająć tam pokój. Plusem jest także całkiem dobra restauracja i jezioro tuż pod samym nosem.

Jezioro Ochrydzkie

Rano, gdy już składamy namiot, znajdujemy… kraba. Wszystko wskazuje na to, że przywieźliśmy go aż z Ksamilu 😉

krab

Do Albanii wracamy ponowie, po wizycie w Macedonii. Kierujemy się do Kukes. Tereny przez które przejeżdżamy są bardzo słabo zaludnione. Czasem spotykamy kogoś poruszającego się na mule, czasem stada różnych zwierząt (głównie owiec). We wsiach dzieci wyskakują na ulice i machają nam. Poza tym mijamy średnio jedno auto co pół godziny… Drogi są całkiem w porządku, choć w niektórych miejscach brakuje asfaltu. Przez spory odcinek nasz pas jest zanieczyszczony kamieniami, które usunęły się ze zbocza. Mimo to jedzie się całkiem przyjemnie.

Albania

 

Pod koniec dnia docieramy do Kukes. Mocno podziurawioną drogą wjeżdżamy w głąb miasta. Tam poznajemy mężczyznę, który kieruje nas do hotelu. Nasz pokój odbiega znacznie od ogólnie przyjętych standardów, ale cieszymy się, że udało nam się tak szybko znaleźć nocleg. A i cena do wygórowanych nie należy.

Gdy chcemy wyjść do sklepu właściciel hotelu wyznacza chłopaka, który będzie nam towarzyszył… Jesteśmy mocno zdezorientowani, jednak nie dajemy tego po sobie poznać. Podczas wieczornych rozmów przy piwie słyszymy, że zaledwie kilka dni przed nami w mieście gościła drużyna Legii Warszawa, oczywiście wraz ze swoimi kibicami. Piłkarze grali z lokalną drużyną FK Kukesi. Dopiero po powrocie do domu dowiadujemy się, że mecz został przerwany w połowie z powodu ataku z trybun na polskiego zawodnika. Oprócz tego kibice Legii również nie pozostawili po sobie najlepszych wspomnień… Być może dlatego właśnie, nam Polakom, było niewskazane poruszać się samotnie po mieście.

Wracając jeszcze do zakupów – okazuje się, że w markecie nie ma chleba (!) I tu kolejna ciekawostka – większość kobiet w Albanii piecze go samodzielnie w domach, dlatego w sklepach są tylko niewielkie ilości. Jest prawie wieczór, więc wydaje się, że na zdobycie pieczywa nie ma szans. Nagle zza kasy wychodzi młoda dziewczyna, wyjątkowo dobrze mówiąca po angielsku. Zabiera mnie na pobliski targ i w moim imieniu kupuje chleb na jednym ze straganów. Wracam do sklepu, by dokończyć zakupy…

Godzinę później siedzimy już w hotelowym ogródku piwnym i dyskutujemy z miejscowymi na temat życia w Albanii i w Polsce.

Yamaha TDM 850, Yamaha YBR 125

Rano ruszamy w dalszą drogę – nie należy ona do najprzyjemniejszych – trafiamy na spory korek, część trasy pokonujemy w żółwim tempie, bo nie zawsze da się przejechać poboczem czy między autami. Na szczęście nie są to duże odległości i w okolicach południa jesteśmy już w Kruje. Zbliża się koniec naszej podróży po Albanii, przed nami jeszcze Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina oraz Chorwacja.

Albania to raj dla każdego. Raj dla motocyklistów, bo mają tam kręte górskie drogi, jak również tereny do jazdy enduro. Raj dla leniwych, bo całymi dniami mogą wygrzewać się na pięknych plażach. Raj dla miłośników historii, bo znajduje się tam mnóstwo pozostałości po starożytnych cywilizacjach. I wreszcie raj dla odkrywców – bo jeszcze sporo tam terenów, o których mało kto u nas słyszał.

Albania to kraj patriarchalny. Tu rządzą mężczyźni. Interesy prowadzi się rodzinnie, ale to faceci nimi kierują. Kobiety głównie zajmują się domem. Również za kierownicą raczej ich nie spotkacie – Albańczycy żartują, że mogą one siedzieć po lewej stronie auta tylko wtedy, gdy jest on sprowadzony z Anglii. Również w trakcie rozmowy bardziej zwracają się do mężczyzn, jakby to co ma do powiedzenia przedstawicielka płci pięknej zupełnie ich nie obchodziło.

Zacząć jakikolwiek biznes nie jest ponoć trudno, w myśl zasady – masz pomysł – działasz, bez zbędnych formalności. Dlatego też tak dużo Albańczyków prowadzi własną działalność gospodarczą. Popularne są zwłaszcza myjnie samochodowe oraz stacje benzynowe (choć nie zawsze jest na nich benzyna 😉 ). Z drugiej jednak strony na każdym kroku spotyka się tam sporo pustostanów i nikogo to już nie dziwi.

Albania

 

Czytając fora i blogi internetowe widać jak to państwo z roku na rok się zmienia. Pojawiają się nowe hotele, campingi oraz dobrej jakości drogi. Płacić można z reguły dwoma walutami: lekami i euro. Na kartę bankomatową nie liczyłabym – terminale zdarzają się tylko w dużych sklepach największych miast. Osoby zatrudnione w turystyce mówią w języku angielskim, a nawet zdarza się, że znają pojedyncze polskie słowa.

Często słyszy się u nas, że Albania może być niebezpieczna, docierają dziwne historie o kradzieżach… Nic z tych rzeczy! Albańczycy są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów i przede wszystkim ich szanują (odwrotnie niż w przereklamowanej Chorwacji). Sami mają świadomość o tej nie najlepszej opinii i robią wszystko, żeby ją poprawić – ta kwestia często pojawiała się w rozmowach z nimi. Na wybrzeże przyjeżdża coraz więcej Polaków i innych turystów z Europy Zachodniej. Nie da się ukryć, że Albania kusi ich nie tylko pięknymi krajobrazami, ale także atrakcyjnymi cenami.

Tak, Albania to niezwykły kraj i bez cienia wątpliwości polecamy podróż tam. My na pewno jeszcze kiedyś tam wrócimy…


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with no comments yet.

Albania, cz. 2

Druga część wpisu o naszej „albańskiej przygodzie”…

Jesteśmy nad morzem we Vlorze. Do doświadczeniach dni wcześniejszych decydujemy się wyjechać w dalszą drogę dopiero popołudniu. Trasa budzi we mnie – początkującej motocyklistce – pewne obawy. Mamy bowiem przejechać przez legendarną już Przełęcz Llogara. Słynie ona ze stromych podjazdów i ostrych zakrętów. Na dokładkę mamy jeszcze nieprzewidywalnych na drodze Albańczyków.
Zanim jednak wjedziemy na Przełęcz, zahaczamy jeszcze o jeden istotny punkt naszej wycieczki – Orikum. Jest to niewielka, acz piękna miejscowość na wybrzeżu, gdzie mieszczą się ruiny starożytnego greckiego miasta z VII w. p. n. e. W parku archeologicznym są pozostałości po amfiteatrze i świątyni Apolla wraz z ołtarzem ofiarnym. Jednakże wszystko to znajduje się na terenie czynnej bazy wojskowej. Ponoć umieszczone zostały tam również stare łodzie podwodne – nie da się ukryć, że ta informacja najbardziej nas przyciągnęła. Strażnicy przy bramie wjazdowej nie są zbyt chętni do wpuszczania gości… A może tylko udają, bo jak się później okazuje mają w tym swój interes. Z miejsca orientujemy się, że na zobaczenie wyżej wspomnianych okrętów raczej nie mamy szans, ponieważ są pilnie strzeżone… a i kula jakaś może się po drodze zawieruszyć. Po spisaniu numerów rejestracyjnych naszych motocykli i danych z paszportów dostajemy możliwość wstępu na godzinę. Jedziemy wzdłuż malowniczej plaży, z drugiej strony mijając stare bunkry. Nagle zza krzaków wyskakuje mężczyzna i kieruje nas na boczną dróżkę. Oczami wyobraźni widzę uśmiech Daniela, który w końcu ma okazję zjechać z asfaltu 😉 Po krótkiej przejażdżce szutrem trafiamy na skamieniałości. Od razu też dobiega do nas wcześniej spotkany człowiek i sprzedaje bilety za 200 leków od osoby. I całe szczęście jest to niewielka suma, bo po owych starożytnych budowlach zostało tylko trochę kamieni. W nadziei, że jest coś więcej, wspinam się na sam szczyt górki, niestety – nic interesującego nie znajduję. Cykamy kilka fotek i mocno niepocieszeni wyjeżdżamy z tego miejsca. Pod koniec łapie nas jeszcze „Pan Bileter”, który po raz kolejny podkreśla, żebyśmy nie wjeżdżali w głąb bazy.

Orikum

Orikum

Orikum

Ruszamy na Przełęcz Llogara. Rzeczywiście, wszystko to co do tej pory o niej słyszeliśmy zdaje się potwierdzać. Mamy więc mocno strome podjazdy i mnóstwo zakrętów – raj dla (prawie) każdego motocyklisty. Widoki zapierają dech w piersiach, ale też trzeba uważać, żeby zbytnio się na nie nie zapatrzeć. O niebezpieczeństwie przypominają pojawiające się co jakiś czas na poboczach krzyże upamiętniające tych, który mieli mniej szczęścia i zginęli na tej drodze. Trzeba też uważać na innych kierowców, którzy przywykli do ścinania zakrętów czy zatrzymywania się na środku szosy. Ale nie taki diabeł straszny… Z czasem okaże się, że będziemy mieli do pokonania o wiele trudniejsze trasy.

Przełęcz Llogara - Albania motocyklem

Jemy obiad niedaleko Sarandy, gdy nagle zaczyna padać deszcz. W przeciwieństwie do innych turystów my z tych warunków pogodowych się cieszymy. Po 30 minutach wychodzi ponownie słońce, a o deszczu już nikt nie pamięta 😉

IS_P7220103

Przejechanie Przełęczy Llogara zgodnie z przewidywaniami zajmuje nam około 3 godziny, licząc ze wszystkimi przerwami. Pod wieczór docieramy do Ksamilu. Szybko znajdujemy camping, który okazuje się strzałem w dziesiątkę. Już w bramie wita wszystkich przyjezdnych pani gospodarz. Mamy możliwość wyboru miejsca pod namiot, ostatecznie decydujemy się na przestrzeń między wysokim płotem a budynkiem, co gwarantuje cień prawie przez cały dzień. Na wstępie właścicielka przynosi mrożoną kawę, colę i dwie butelki zimnej wody (ten sam zestaw dostajemy także następnego dnia). Mamy do dyspozycji własny stolik, ławeczki, parasol. Żeby spało się wygodniej, pod namiot kładziemy dywan otrzymany od gospodyni. Jesteśmy pod wrażeniem czystości i praktycznych rozwiązań zastosowanych na campingu. A to wszystko za jedyne 5 euro od osoby!

Ksamil

Ksamil

Oczywiście od razu ruszamy nad morze. Siadamy na skały, ale szybko z nich zeskakujemy, gdy zauważamy sąsiedztwo krabów 😉 Plażę wypełniają liczne płatne leżaki i parasole, zaś woda jest nieskazitelnie czysta…

Ksamil

Ksamil

Tak nam się tu podoba, że podejmujemy decyzję, żeby zostać dzień dłużej. Wykorzystujemy go między innymi na zwiedzenie pobliskiego Butrintu. A warto, bo w tym jednym miejscu znajdują się pozostałości po aż sześciu różnych kulturach. Można tam zobaczyć amfiteatr z III w. p.n.e. baptysterium z VII w., ruiny łaźni rzymskich z V oraz XIV-wiecznego zamku weneckiego. Teren jest spory, więc przejście go zajmuje kilka godzin. Sam wstęp nie należy do najtańszych – to 700 leków. Standardowo już towarzyszy nam niemiłosierny upał, lecz co jakiś czas można się schłodzić wodą lub schować w cieniu, którego też nie brakuje. Ponadto z racji tego iż odległość z Ksamilu do Butrintu jest niewielka, rezygnujemy z ubrań motocyklowych.

Butrint

Butrint

Butrint - Albania

Próbujemy też lokalnych smaków. Na śniadanie wcinamy byrka. Jest to trójkąt zrobiony z ciasta francuskiego wypełniony farszem, w naszym przypadku był to kozi ser. Jest to najpopularniejsza przekąska w Albanii, bardzo sycąca. Dodatkowo kupujemy także biały serek z papryczkami jalapenos i oliwkami. Jest bardzo ostry, ale równie smaczny. Z kolei na obiad udajemy się do miejscowej restauracji i zamawiamy baraninę w sosie jogurtowym. Z przykrością stwierdzam, że był to najgorszy posiłek jaki jadłam w życiu. Mięso jest strasznie twarde, pełne tłuszczu i do tego z kością. W zasadzie mogliśmy się tego spodziewać, ale zależało nam na tym, żeby zjeść coś z lokalnej kuchni. Z knajpki wychodzimy jeszcze bardziej głodni niż byliśmy wcześniej.

Butrint

 

Ksamil to koniec naszej podróży wzdłuż wybrzeża, ale wcale nie kres naszej wyprawy. W następnym wpisie przeczytacie o zamku w Gjirokastrze, krabie nad Jeziorem Ochrydzkim oraz specyficznej wizycie w Kukes.


Posted in Uncategorized and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , by with 4 komentarze.
Close
%d bloggers like this: